W posiłku siła [MIELENIE JĘZYKIEM]

Dziś miało być o posilaniu. I będzie, bowiem, jak mówi przysłowie: słowo się rzekło, kobyłka u płota. A swoją drogą, czy wiecie, co według legendy ma z przysłowiową kobyłką wspólnego król Jan III Sobieski? Jeśli wystarczy nam dziś miejsca i czasu, to przypomnę owiane legendą korzenie popularnego powiedzenia.

Śniadać czyli zjadać

A wracając do rzeczy. Często jest tak, że etymologia danego wyrazu, o której myślimy intuicyjnie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Tak jest choćby w przypadku śniadania, co do którego, moglibyśmy przypuszczać, że jako pierwsze danie po śnie, przyjęło właśnie formę śniadania. Logiczne? Z grubsza, tak. Tyle, że nieprawdziwe. W rzeczywistości, słowo śniadanie, to nic innego jak „zjadanie". Jeśli sięgniemy do najdawniejszych poświadczonych, czyli spisanych form języka polskiego, okaże się, że śniadać znaczyło niemal dokładnie to samo co jeść - bez określenia pory dnia. Dziwni ci nasi przodkowie, ale faktem językowym jest, że śniadać potrafili nawet o północy.

Etymologicznie, wygląda to tak, że „śniadać” to prasłowiański przedrostek "*sъn-", który oznacza to samo, co współczesne „z” oraz dodany do niego czasownik "*sъn-ěsti”. A zatem śniadanie było zwyczajnym zjadaniem, które z biegiem czasu zawęziło swoje znaczenie i choć nadal oznaczało tę samą czynność, to już przypisaną do konkretnej pory dnia. A przynajmniej do pierwszego posiłku w ciągu dnia, bo przecież nie raz i nie dwa zdarza nam się zjadać śniadanie tak koło południa.

Siła znaczy dusza

Jednak zdarza się i tak, że potoczna etymologia, czyli ta, która w pierwszej chwili przychodzi nam do głowy, okazuje się być słusznym tropem. „Posilanie”, a zatem również „posiłek” bez wątpienia należą do tej grupy. Podstawą słowotwórczą jest w obu przypadkach oczywiście „siła”. I również bez wątpienia, oba te wyrazy są formami znacznie młodszymi od prozaicznego jeść. Dlaczego? Ano dlatego, że ich stworzenie wymagało bardzo złożonego procesu. Bo najpierw nazywamy rzeczy najprostsze. Jeśli jemy, to nazywamy jedzenie, jako czynność - bez zastanawiania się nad jej konsekwencjami. Dopiero w dalszej perspektywie możemy rozważać, że skoro jedzenie dodaje nam siły i pozwala żyć, może warto popisać się elokwencją i stworzyć synonimy „posilanie” czy „pożywianie”. A biorąc pod uwagę, że nie mają one gramatycznie nic wspólnego z pierwotnym wyrazem „jeść”, to trzeba założyć, że powstały w czasie, kiedy przed językiem jako narzędziem stawiano zadania nieco bardziej skomplikowane niż tylko nazywanie. Na przykład precyzowanie znaczeń. I tak, o ile omawiane wcześniej „jeść” jest zrekonstruowane aż do języka praindoeuropejskiego, tak zakłada się, że „posiłek” po raz pierwszy pojawia się w naszym języku około XVI wieku.

Jednak, żeby nie wszystko było oczywiste: tym, dla których tajniki znaczeń i pochodzenia słów wydają się mieć nieposkromiony urok przygody, radzę spojrzeć do słowników języków bałtyckich i odszukać znaczenie samego słowa „siła". Bo tu zaczynają się schody. W takim na przykład języku litewskim siła (siela) nie ma wiele wspólnego z fizyczną krzepą, albowiem oznacza... duszę.

Niech król kobyłę w ogon pocałuje

I na koniec wrócę do obiecanego płota i kobyły, choć z jedzeniem nic ich nie łączy poza tym, że cała zabawa zaczęła się w karczmie. Otóż zgodnie z legendą, źródłem przysłowia była podróżnicza przygoda, która przytrafiła się ambitnemu szlachcicowi Jakubowi Zaleskiemu. Ów, postanowił wybrać się do Warszawy, by wystarać się u samego króla o urząd wójtowski. Droga była długa, więc wypadało posilić się w przydrożnym zajeździe. Gdzie przy garncu miodu Zaleski opowiadał kompanom, jak to króla Sobieskiego będzie przekonywał do nadania urzędu i jak to bez owego urzędu zamku królewskiego nie opuści. Wśród przysłuchujących się opowieści Zaleskiego znalazł się zamożny jegomość, który poddał w wątpliwość prawdopodobieństwo ziszczenia się zamiaru szlachcica. „A cóż zrobisz, jeśli król postanowi wójtostwo przyznać komu innemu?” zapytał Zaleskiego. Ten bez chwili zastanowienia wypalił: „Niech wówczas moją kobyłę w ogon pocałuje! Przynajmniej ona zaszczytu dostąpi, jeśli ja urzędu nie jestem godzien!”

I jak to w legendach bywa, kiedy Zaleski dotarł już przed oblicze monarchy, musiał zmierzyć się z niełatwą prawdą, że król Sobieski to nie kto inny, jak właśnie wielmoża z zajazdu. Król bez litości wrócił do wcześniejszej konwersacji: „Prośby, nie musisz, waszmość, przedstawiać, bo już o niej w karczmie wspomniałeś. Tylko co będzie, jeśli jej nie spełnię?” zapytał rozbawiony. A, że Zaleski na tchórza wyjść nie chciał i podejrzewał, że wiele do stracenia nie ma, odrzekł hardo: „słowo się rzekło, kobyła u płota stoi”. Czy monarcha nie chciał mierzyć się z ogonem szlacheckiej kobyły, czy też faktycznie uznał, że petent na wójta się nadaje - tego legenda już nie mówi. Grunt, że Zaleskiemu urząd wójta przyznał. I przyczynił się do powstania żywego po dziś dzień przysłowia.

Magdalena Łuczak

Zawodowo marketingowiec, ideowo polonista. Od 39 lat spogląda na świat w ciągłym zadziwieniu, że ten, wciąż oferuje coś nowego do spróbowania. Wytrwała poszukiwaczka smaków i smaczków języka. Obarczona niepohamowaną potrzebą dzielenia się językoznawczymi znaleziskami kulinarnymi.