Blog tygodnia: "...et si vous veniez manger chez nous?"

Gotowanie to świetna terapia antystresowa. Zwłaszcza po trudnym spotkaniu lub służbowych podróżach. Wtedy gotuję, żeby rozładować napięcie. Jeść nie muszę. Wychodzę z założenia, że lepiej zagnieść ciasto, niż rzucić talerzem. Pomaga.

Swój kulinarny blog prowadzisz od 2007 roku. Czego nauczyłaś się w ciągu tych kilku lat?

Dokładnego zapisywania ilości używanych składników. Zazwyczaj wszystko robię na oko, dlatego w domu fachowcem od skomplikowanych deserów i ciast jest mój mąż, który z iście szwajcarską dokładnością wszystko przygotowuje i odmierza. W takich momentach zostaję sprowadzona do roli pani od sprzątania. Odbijam to sobie przy innych okazjach.

Sporo podróżujesz. Jakie kulinarne skarby przywozisz ze swoich podroży?

Przyprawy, regionalne wyroby, niedostępne warzywa i owoce. Nowe pomysły, smaki i zapachy oraz inne spojrzenie na żywność - zwłaszcza po pobycie w krajach nisko rozwiniętych. Tam miska ryżu smakuje jak ambrozja, zwłaszcza wtedy, gdy została ofiarowana z dobrego serca, a woda pitna jest największym skarbem, większym niż najprzedniejsze wino. Wtedy wstyd mi, że w Europie marnujemy tyle jedzenia. Mnie samej zdarza się przypomnieć o zakupionym kalafiorze w momencie, gdy opuszcza lodówkę na własnych nogach. Cały czas z tym walczę. Jednym z głównych punktów naszych dalszych i bliższych podróży jest obowiązkowy pobyt na targu. Lubię chłonąć atmosferę takich miejsc, rozmawiać ze sprzedawcami, czasami nawet się targować. Potem koniecznie musimy zajrzeć do jakieś niepozornej knajpki pełnej tubylców. Jeżeli pragnie się poznać smak lokalnej kuchni, to właśnie takie miejsca należy wybierać. W ładnych restauracjach będzie na pewno czysto i jak szczęście nam dopisze - smacznie.

Co w gotowaniu sprawia Ci najwięcej trudności?

Trzymanie się oryginalnego przepisu. Z tego powodu bardzo rzadko przygotowuję coś z książek, pomimo tego, że zajmują one bardzo dużo miejsca w naszej bibliotece. Lubię je czytać i oglądać zdjęcia. Nawiasem mówiąc, do kuchni przyciągnęły mnie właśnie zdjęcia. Z przestrzeganiem przepisu jest już zdecydowanie gorzej To silniejsze ode mnie. Nawet gdy przygotowuję listę niezbędnych składników do wykonania wybranego dania, wracam do domu bez połowy produktów oraz z zupełnie niezaplanowanymi zakupami.

Kiedy gotowanie ze zwykłej czynności zamieniło się w sposób na życie?

Tak naprawdę to nigdy. Nadal jest to tylko i wyłącznie dodatkowe zajęcie. Bardzo miłe zresztą. Niestety doba ma jedynie 24 godziny, a ja w pracy nierzadko spędzam pół doby, więc na gotowanie zostaje niewiele czasu. Poza tym, od czasu do czasu trzeba spać i koniecznie wyjść z mężem i psem na spacer. Dlatego potrawy, które gotuję, są proste i szybkie, zawsze przygotowane ze świeżych składników. Poza pomidorami i kukurydzą z puszki nie uznaję półproduktów. Kulinarnie szaleję w weekendy.

Gotowanie to świetna terapia antystresowa. Zwłaszcza po trudnym spotkaniu lub służbowych podróżach. Wtedy gotuję, żeby rozładować napięcie. Jeść nie muszę. Wychodzę z założenia, że lepiej zagnieść ciasto, niż rzucić talerzem. Pomaga.

Polscy blogerzy kulinarni to już całkiem spora grupa. Organizujecie w Internecie wiele wspólnych akcji. Czy wspólne blogowanie przekłada się na prawdziwe przyjaźnie?

W blogosferze jest jak w życiu. Są sympatie i antypatie. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku byłoby nudno. Z wieloma osobami poznaliśmy się już na forum Galeria Potraw, gdzie, od 2005 roku, publikowałam przepisy i zdjęcia. Inne poznałam w blogosferze, nie tylko polskiej. To bardzo przyjemne znajomości. Widujemy się prywatnie, choć w moim wypadku - ze względu na dzielącą nas odległość - rzadko. Niektóre z takich znajomości zaowocowały ciekawymi planami na przyszłość.

Największe kulinarne wyzwanie, z jakim się zmierzyłaś...

Owoce morza. 11 lat temu, gdy po raz pierwszy nasza włoska przyjaciółka zaprosiła nas na kolację, której głównym daniem była zupa z malutkimi ośmiorniczkami - moscardini, o mało nie zemdlałam z wrażenia. Tamtego wieczoru, na proszonej kolacji, nie miałam wyjścia. Każdą ośmiorniczkę popijałam sporym łykiem wina. Od tej sławnej kolacji nie dość, że lubię i jadam, to jeszcze sama przygotowuję owoce morza oraz ryby. Jest jednak warunek. Jedne i drugie muszą być jak najświeższe, w przeciwnym wypadku bez względu na to, jak wielką mam na nie ochotę, nawet nie spojrzę w ich kierunku. Z upływem czasu, pod czujnym okiem wspomnianej przyjaciółki, nauczyłam się wybierać te najświeższe. Zadanie ułatwiła mi natura, która obdarzyła mnie bardzo dobrze rozwiniętym zmysłem powonienia, który czasami bywa przekleństwem Szczerze powiedziawszy, nie dziwi mnie, że tak wiele osób nie lubi ryb ani owoców morza. Nie tylko w Polsce zresztą. W Szwajcarii wielu naszych przyjaciół jada ryby w postaci panierowanych paluszków. Wystarczyło, że raz trafili źle i potem ciężko im było zmienić zdanie. A przecież świeże krewetki mają delikatny, słodki smak, a filety z surowych anchois, skropione oliwą i cytryną, to jest po prostu niebo w gębie.

Czego nigdy nie brakuje w Twojej lodówce?

Pomidorów, cytryn i serów. W spiżarni mam zawsze worek ryżu carnaroli - bez którego nie można przygotować dobrego risotto oraz butelkę czerwonego wina. Z tych kilku składników można wyczarować prawie wszystko.

Twoje menu marzeń?

Lubię prawdziwe, proste smaki. Nie lubię przerostu formy nad treścią, jaką w pewnym momencie zaczęli podawać wielcy szefowie. Pierogi, risotto, sery, odpowiednio skruszały, pięciocentymetrowej grubości kotlet wołowy pieczony na grillu, świeża sałata, oliwa czy dojrzałe pomidory. Nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Na moje ostatnie urodziny mąż zaprosił mnie do restauracji odznaczonej gwiazdkami Michelina. Szłam jak na skazanie, pewna, że na stole pojawią się wymyślne dania wykonane z bliżej nieokreślonych składników podane w atmosferze zadęcia. Myliłam się. Przemiła atmosfera, niespotykane połączenia smaków oraz miła pogawędka z szefem kuchni. Wszystko było na szóstkę z plusem, za wyjątkiem... przesolonej cielęciny. Jak widać, każdemu może się zdarzyć, tym bardziej więc nie należy przejmować się takimi wpadkami.

Przepis Agnieszki: zielone fettucine ze szparagami i pesto z rukoli - porcja dla 2 osób

Pesto z rukoli *:

100 g rukoli

50 g Canestrato di Moliterno **

50 g orzeszków piniowych

4 ząbki czosnku

50 ml oliwy

sól

pieprz

Oraz:

1 pęczek zielonych, cienkich szparagów

200 g fettucine

Przygotowanie:

Dokładnie umyć i osuszyć listki rukoli. Ser pokroić w kostkę. Zmiksować na gładką masę wszystkie składniki pesto.

Odciąć główki szparagów i odłożyć na bok. Łodygi pociąć na 2-3 cm długości kawałki.

Fettucine ugotować w osolonej wodzie al dente. Zazwyczaj zajmuje to koło 8 minut. Po 4 minutach dodać do gotującego się makaronu łodygi szparagów, na minutę przed końcem dorzucić główki. Odlać pół szklanki wody, w której gotował się makaron. Odcedzić fettucine ze szparagami i przełożyć ponownie do garnka. Dodać 4 łyżki pesto. Wmieszać. Jeżeli sos jest zbyt gęsty rozcieńczyć go wodą, w której gotował się makaron. Bezzwłocznie podawać.

Smacznego!

*Nadmiar pesto wystarczy przełożyć do słoiczka, zalać oliwą i schować do lodówki, w której bez problemu może postać około tygodnia.

** Canestrato di Moliterno, to pecorino wytwarzane z 70-90% owczego mleka uzupełnianego mlekiem kozim. Można go bez problemu zastąpić pecorino romano lub parmezanem, ale wtedy smak będzie zdecydowanie ostrzejszy.

anoushkaencuisine-pl.blogspot.com

Więcej o: