Kawa, kobiety i śpiew

Dwa kęsy kultury. Czyli mocno kawowy felieton

Jan Sebastian Bach, komponując między 1732 a 1734 rokiem "Kantatę o kawie", wpisał się doskonale w twający od dobrych stu lat europejski dialog o tym napitku. Dialog prowadzony w tonie poważnym i zajmujący najtęższe umysły epoki, które deliberowały nad tym, czy mała czarna fantastycznie ożywia umysł, czy głównie truje. I czy chrześcijanom w ogóle godzi się pić trunek, który był przysmakiem niewiernych i został sprowadzony do Europy przez Arabów. Muzyka Jana Sebastiana i libretto Henriciego wybrzmiały po raz pierwszy w Zimmerman's Coffee House w Lipsku. Kanwą utworu jest baśń napisana w 1727 r. przez Christiana Friedricha Henriciego, który współpracował przy wielu lipskich kantatach Bacha. I nawet gdy odrzucimy (jakże kuszącą) hipotezę o sparodiowaniu samego Jana Sebastiana w postaci Schlendriana - zasadniczego i ograniczonego ojca młodziutkiej Lieschen - to i tak kantata pełna jest dowodów poczucia humoru i dobrego gustu librecisty, a także... społecznego zaangażowania autorów - bo niedwuznacznie wyrażają tu sprzeciw wobec rodzącego się w Niemczech ruchu mającego na celu zakazanie kobietom picia kawy. Kim są postaci wykreowane przez librecistę? Lieschen to młoda, piękna dziewczyna, całkowicie pogrążona w odmętach kofeinowego nałogu: - Jeśli nie wypiję trzech filiżanek kawy dziennie, jestem jak wysuszony kawałek koziny! - śpiewa. A Schlendrian, jej ojciec, zachowuje się tak, jakby jego najważniejszym życiowym celem było oduczenie swej córki picia kawy: - Nikczemne dziecię, ty nieposłuszna dziewczyno! O, kiedyż ja postawię na swoim? Skończ z kawą! Lieschen jednak z kawą skończyć nie może, gdyż: - Słodko smakuje kawa, smakowiciej niż tysiące pocałunków, aksamitniej niż muskat. Kawa! Kawę muszę pić, a jeśli ktoś zechce sprawić mi przyjemność, ach, niechaj nalewa mi kawy! Ojcu pozostają więc jeno groźby. - Jeśli nie przestaniesz pić kawy, nie pójdziesz na żadne przyjęcie weselne, ani nawet na przechadzkę. Nie kupię ci najmodniejszej spódnicy na fiszbinach. Nie będziesz wystawała w oknie, wyglądając na przechodzących ludzi! (fragment ten pokazuje, jak ciekawe były rozrywki ówczesnych panien na wydaniu). - Nie będziesz dostawać ani srebrnych, ani złotych wstążek do swego czepca! Na Lieschen te groźby nie robią wrażenia. Ale ojciec trafia w końcu na świetny pomysł: - Cóż więc, będziesz musiała zrezygnować z zamążpójścia! Lieschen jest jednak nieodrodnym dzieckiem swojej epoki - staropanieństwo to najgorsza rzecz dla niewiasty. Przystaje zatem na szantaż ojca: - Od tej chwili kawa pozostanie na zawsze nietknięta! Chociaż w ostatnich słowach, w sekrecie, postanawia: - Żaden nie wejdzie tu zalotnik, póki nie złoży przyrzeczenia i w ślubny kontrakt nie zapisze, że mi udzieli zezwolenia, abym, gdy tylko będę chciała, kawę dla siebie gotowała. Właśnie: "dla siebie", czyli jak? Najprawdopodobniej z cukrem i mlekiem, gdyż (znowu najprawdopodobniej) taki sposób podawania kawy jest wynalazkiem pań. A informuje nas o tym nasz rodak, podróżnik i orientalista, niemal rówieśnik Bacha, ks. Tadeusz Krusiński w dziełku z 1769 r. Sposobu należytego zażywania kawy tureckiej: "Z mlekiem kawy nie piją na Wschodzie. Ten sposób zawziął się w Europie osobliwie między Damami. Przestrzegam jednak, że kto z mlekiem chce kawę pić, niech do mleka trochę cukru włoży (...) a to dla odtrącenia surowości mleka." Tyle Krusiński. A my udajmy się do kuchni i przyrządźmy sobie kawę z mlekiem i cukrem. Na cześć Dam i dla Dam też - dzisiaj już można!