Zupa cebu*lova - pląsy młodej Afrodyty

Pamiętam mój pierwszy raz z tą potrawą...
Wpadła mi kiedyś w ręce oprawiona w czerwony zamsz książka kucharska, okraszona złotymi tłoczonymi literami, głoszącymi dumny tytuł: "Afrodyta". Skuszona melodyjną kursywą, wgryzłam się w treść - nie mniej melodyjną. Jak się okazało pozycja dotyczyła afrodyzjaków i różnych potraw mających na celu zwabienie wybranka do alkowy, w celach wiadomo jakich. Nie mając na tamten czas zbyt wielu doświadczeń kulinarnych, zapragnęłam poczuć władzę bogini miłości. W podskokach udałam się do sklepu, zalotnie wyrecytowałam wszystkie niezbędne składniki i... straciłam pół stypendium. Wyszła zupa, jak by to powiedział mój wujo (rodzony góral) - cienka. Nie oznacza to wcale, że kiepska. Po prostu miała jeden wiodący smak, generalnie nuta cebulowa w tej wersji rządziła, niepodzielnie.

W miarę rozkwitu znajomości (wiecie... nadchodzi taki czas, kiedy doznania podniebienia, stają się równie ważne jak pląsy Afrodyty ;) zupa ewoluowała, do tego stopnia, że z pierwotnego przepisu pozostała jedynie cebula. Kilka składników ubyło, kilka przybyło, po to, aby stworzyć smak, który w zimowe zbyt wczesne wieczory, solo czy w spółce, w zupełności mnie satysfakcjonuje.

pół kilograma cebuli (naszej zwykłej, w brązowej skórce)

szklanka białego półwytrawnego wina (zawsze daję kapkę więcej:)

łyżeczka mąki

1/4 kostki masła

szczypta mielonej gałki muszkatołowej

łyżeczka suszonego tymianku

chleb na grzanki (najlepsza jest bagietka, ale ja daje co mam)

3 łyżki startego ementalera (sera też nie szczędzę)

oraz 2 litry wywaru warzywnego (przepis poniżej)

Cebulę kroję w talarki, masło roztapiam na patelni na małym ogniu (trzeba uważać żeby się nie przypaliło), wrzucam pokrojoną cebulę i podgrzewam (na małym ogniu często mieszając), aż cebula zmięknie i stanie się transparentna. oprószam mąką cebulę, mieszam, dodaję wino, gałkę muszkatołową i tymianek. mieszam i doprowadzam do wrzenia. gdy połowa wina wyparuje, zawartość patelni dodaję do ciepłego bulionu. doprowadzam wszystko do wrzenia i gotowe. kolejny krok to podanie zupy. opcji jest kilka, ja podam 2

dla szczęśliwych posiadaczy pięknych ceramicznych kokilek żaroodpornych: pokrojoną w krążki bagietkę podpiec w piekarniku, rozlać zupę do kokilek, na wierzch położyć bagietki, posypać żółtym serem i zapiec w piekarniku (ok 200st. max 10 min)

dla pozostałej znacznej większości: pokrojoną w krążki bagietkę, posypać startym serem i podpiec w piekarniku. Tuż przed podaniem na powierzchni zupy puścić ciepłe statki z bagietki ;)

Bon appetit! rzeknę...



***przepis na wywar warzywny***

Jak podaje definicja, wywar, to powolne gotowanie rozdrobnionych produktów, w dużej ilości wody. Dziś, kiedy preferuje się zrobić coś 3 razy niż pomyśleć raz, księstwem esencjonalnych wywarów bestialsko rządzi kostka rosołowa. Kontemplując jednak starą prawdę "jesteś tym co jesz", polecam sporządzić wywar według tradycyjnych przepisów.

Wywar warzywny najczęściej robię go w lecie, kiedy nasze zmysły orientują się na aromatyczne warzywa i owoce, pachnące słońcem, a organizm nie krzyczy o mięso.

Wersja podstawowa:

seler

5 marchewek

3 pietruszki

1 por

kilka łodyżek (2-3) natki pietruszki

cebula

kilka (max 6) liści kapusty zwykłej lub włoskiej

sól

Wszystkie jarzyny czyszczę i kroję na drobniejsze części (mniej więcej tak żeby miały podobną wielkość). zalewam wodą (ok 2,5-3 litry), solę (lepiej nie posolić niż przesolić. najlepszą miarką do zup jest płaska połowa łyżeczki. dosypuję co jakiś czas) i gotuję ok godziny. W trakcie gotowania można dodać łyżkę oliwy lub masła. Ugotowane jarzyny zazwyczaj kroję na drobne kawałki i podaję w zupie, ale od wielkiego dzwonu można z nich też zrobić sałatkę jarzynową