Blog tygodnia: W kuchni Usagi

Uwielbiam czekoladę, jednak co innego zabawa we własnej kuchni, a co innego profesjonalne tworzenie pralinek i czekoladek. Chciałabym też kiedyś zrobić naprawdę dobre gumbo - podobno z tych najlepszych można wyczytać przyszłość.
Dlaczego zdecydowałaś się na własny blog kulinarny?

To był dość długi proces - przede wszystkim w pewnym momencie zmieniłam swój styl jedzenia i zaczęłam dążyć do tego, żeby moja kuchnia była jak najbardziej naturalna. Żadnych sztucznych sosów, fixów, kostek rosołowych. Dzięki temu odkryłam, jak wspaniały mam rynek w pobliżu mojego mieszkania i ile na nim jest różnorodnych warzyw. Moje pierwsze eksperymenty z niektórymi z nich nie były szczególnie udane, więc zaczęłam szukać informacji. Oczywiście w Internecie. Tak trafiłam na blogi kulinarne, na Moje Wypieki, Bea w Kuchni, Around the Kitchen Table i Strawberries from Poland. Czytałam, czytałam, czytałam i zaczęłam rozumieć, jak bardzo rozległy i fascynujący potrafi być świat kuchni. "Festiwal Dyni" był przysłowiową kropką nad i - założyłam blog, żeby do niego dołączyć.

Kiedy nauczyłaś się gotować i w jaki sposób doskonalisz swoje umiejętności?

Nie umiem powiedzieć, kiedy nauczyłam się gotować. Tak zresztą chyba się nie da - jednoznacznie określić dnia, w którym posiadło się tę umiejętność i można powiedzieć "wiem, umiem, nic mnie już nie zaskoczy". W kuchni przebywałam od zawsze, najpierw pomagając mamie, a później babci. I pewna wiedza przenikała sama, z zapachem przypraw, smakiem potraw: drobne sztuczki gospodyń o wiele bardziej doświadczonych ode mnie. Odkąd sama gotuję, zaczynam rozumieć, jak wiele im zawdzięczam, bo ja niektóre rzeczy po prostu wiem, niektóre przepisy po prostu mam w głowie i nie muszę po nie sięgać do książek kucharskich. Czy to jednak rzeczywiście oznacza, że nauczyłam się gotować? Nie sądzę. Wydaje mi się, że tę sztukę doskonali się przez całe życie, z każdą kolejną potrawą - udaną lub nie. Im więcej gotuję, tym więcej też czytam, szukam inspiracji na blogach i w książkach kulinarnych sław. Ostatnio kupiłam książkę Michela Roux i jestem zachwycona jego opowieścią o ciastach, bo tak to chyba należałoby nazwać. Bardzo też lubię przeglądać przepisy Jamiego Oliviera, Gordona Ramseya i Billa Grangera.



Pamiętasz swoją pierwszą udaną potrawę?

Nie, pierwszej udanej nie. Pewnie były to jakieś kotlety mielone za czasów podstawówki. Dokładnie pamiętam za to moją pierwszą kulinarną wpadkę, miałam wtedy jakieś 14 lat. Urodzinowy tort na zimno, który przygotowywałam wraz z koleżanką, nie ściął się przez noc i wypłynął z tortownicy. W smaku był niezły, więc koleżanka zabrała go do pracy w słoiku. Z udanych potraw pamiętam natomiast swój pierwszy sernik. To był taki typowy, tradycyjny sernik z rodzynkami i polewą czekoladową. Ucierałam go w makutrze prawie godzinę i bardzo się bałam, że coś pójdzie nie tak. Ale chyba mam dobrą rękę do serników, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby mi któryś nie wyszedł. Na blogu zostałam nawet przezwana Panią Sernikową - i pewnie coś w tym jest, bo przynajmniej raz na dwa tygodnie musi w naszym domu być sernik.

O jakim kulinarnym wyzwaniu marzysz?

Chciałabym kiedyś spróbować swych sił z czekoladą. Samą czekoladę uwielbiam, jednak co innego zabawa we własnej kuchni, a co innego profesjonalne tworzenie pralinek i czekoladek. O, i chciałabym kiedyś zrobić naprawdę dobre gumbo - podobno z tych najlepszych można wyczytać przyszłość.



Twój największy kulinarny autorytet?

Przez długi czas byłam fanką Roberta Makłowicza, choć bardziej przemawiało do mnie to, w jaki sposób gotuje, a nie konkretne potrawy, które przygotowywał. Nie cierpię przesadnego namaszczenia w kuchni, a Makłowicz ma w sobie jakąś taką swojską lekkość tworzenia. Bardzo podziwiam też niektóre moje koleżanki z kulinarnej blogosfery.

Gdybym jednak miała określić jedną osobę, której filozofia gotowania jest mi szczególnie bliska, byłby to angielski pisarz Terry Pratchett i jedna z jego literackich postaci - Gytha Ogg. W książce "Nanny Ogg's Cookbook" została zawarta jedna z moim zdaniem podstawowych zasad gotowania: ma być smacznie i konkretnie, zaś przyrządzanie posiłków powinno sprawiać przyjemność. Nie jest trudno być kucharzem niedzielnym, od święta wejść do świetnie wyposażonej kuchni i na podstawie przepisu stworzyć wykwintne danie - wystarczy mieć czas, składniki, trochę obycia w kuchni i dobry przepis. Prawdziwą sztuką jest gotowanie na co dzień, wykorzystywanie tego, co akurat jest dostępne i czerpanie z tego satysfakcji. To taka mała magia kuchenna, która odbywa się każdego dnia. Jak z tym gumbo właśnie.

Czego nigdy nie brakuje w Twojej lodówce?

W lodówce zawsze mam kawałek pora, główkę czosnku, trochę żółtego sera, słoiczek kaparów, oliwki i śmietanę kremówkę. Mam też porcjowaną wołowinę dla mojej pomocnicy kuchennej, kotki Avy i czasem ją od niej "pożyczam". W sezonie jesiennym przebywa tam też dynia, zimą trzymam brukselkę, a w wiosennym szparagi. To zadziwiające, ile różnorodnych posiłków można na podstawie tego stworzyć. Celowo nie wspomniałam o lecie - w lecie mam w lodówce albo dosłownie wszystko, co mi wpadło w ręce na pobliskim rynku, albo dla odmiany kompletnie nic, bo mnie właśnie nadmiar możliwości przytłoczył.



Wymarzone menu?

Od wielu lat, odkąd po raz pierwszy przeczytałam Sagę o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, marzy mi się opisana tam zupa rybna ze szczupaka. W książce bohaterowie po ugotowaniu przecedzali ją przez kolczugę, ale nie upieram się przy tej wersji. Posiłku dopełnić mogłyby gotowane raki, które równie sugestywnie zostały opisane we wcześniejszej części przygód Wiedźmina. A na deser wybrałabym Bananana Soup Suprise (pisownia oryginalna) autorstwa Gythy Ogg, gdyż sama po prostu nie mam na tyle odwagi, żeby go przygotować.







Przepis Agnieszki: Bananowy mus czekoladowy na migdałowym spodzie

Składniki na mus (4 desery):

2 banany

100g czekolady deserowej

30 g czekolady białej

200 ml śmietanki kremówki

2 łyżki cukru

2 łyżki rumu lub brandy

2 łyżki soku z pomarańczy

Składniki na spód:

50 g herbatników

30 g masła

3 łyżki brązowego cukru

20 g mielonych migdałów

kandyzowana skórka pomarańczowa do przybrania



Śmietankę kremówkę zagotować z 2 łyżkami cukru. Odlać 5 łyżek do osobnego naczynia, dodać do nich sok pomarańczowy oraz białą czekoladę i doprowadzić do jej całkowitego rozpuszczenia. Do reszty śmietanki wrzucić pokruszoną czekoladę deserową i alkohol. Dokładnie wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Obrać półtora banana, podzielić na plasterki i zmiksować na gładką masę. Dodać do czekoladowej masy. W rondelku rozpuścić masło i resztę cukru. Herbatniki pokruszyć wałkiem na drobno, dodać zmielone migdały i rozpuszczone masło (powinniśmy uzyskać coś na kształt mokrego piasku). Okrągłe foremki wyłożyć folią aluminiową (tak, żeby wystawała po bokach). Z herbatników zrobić spód o wysokości mniej więcej 1 cm, dokładnie docisnąć. Na spód wylać najpierw masę z czekolady deserowej, później ponakładać kleksy z czekolady białej. Wstawić do zamrażalnika i zostawić na kilka godzin. Zamrożone desery wyjąć z zamrażalnika i z naczynek. Usunąć folię (można naczynka zanurzyć w ciepłej wodzie na kilkanaście sekund, będzie łatwiej). Podawać na talerzykach przyozdobione plasterkami z reszty banana oraz kandyzowaną skórką pomarańczową. Smacznego!

Znasz ciekawy blog kulinarny lub sam(a) taki prowadzisz? Pisz na adres ugotuj.to@gazeta.pl

Chcesz wiedzieć więcej? Zajrzyj tu: wkuchni.usagi.pl