Targowiska sytości

Marek: Co masz taką kwaśną minkę?

Tadeusz: Pewnie przez senny koszmar, z którego nie mogę się otrząsnąć. Śniło mi się, uważasz, że idę ulicą w mieście, które dobrze znam...

M: W San Francisco?

T: ...nie, w Warszawie. Ulicą, jak to we śnie, trochę zdeformowaną, ni to Smolną, ni Wałbrzyską. I oczom moim ukazuje się widok przecudowny: stragany z warzywami i owocami na chodnikach, a partery kamienic zajęte przez sklepiki o apetycznych witrynach, pełnych pięknie sprawionych ryb i kotletów, wielkich kół sera, win najprzedniejszych i chlebów jak z bajki. I choć z początku idę sam pustą ulicą, tak z nagła znajduję się pośród radosnej ciżby, zwyczajnych ludzi, kobiet i mężczyzn, młodych i starszych, wypełniających

torby i siatki biało-fioletowymi brukwiami wielkości bil, piżmowymi dyniami o kształcie wielkich gruszek, fasolą białą, i w cętki amarantowe, i czarną...

M: Tadziu, przestań, bo zaraz usłyszę coś o dzięcielinie i jej panieńskim rumieńcu. Lepiej powiedz od razu, co się stało w tym śnie.

T: Dobrze więc, wchodzę do rzeźnika i proszę o tuzin jagnięcych kotlecików z kostką, elegancko okrojonych z tłuszczu, a ku temu serdelków wonny pąk...

M: Tadziu, kiedy ja bardzo proszę... Mam za chwilę randkę na placu Szembeka!

T: No dobrze, przechodzę do sedna. Więc składam zamówienie, a rzeźnik do mnie: - Comment? Francuz, rozumiesz. - Comment? Więc myślę, że właśnie rozkręca interes w Warszawie i jeszcze po naszemu nie kuma, i mówię mu po francusku, czego sobie życzę, a wtedy słyszę, że wszyscy mówią po francusku, a ja jestem jedynym Polakiem na tej ulicy.

M: Która jako żywo przypomina rue Montorgeuil w Paryżu?

T: Jako żywo. Teraz rozumiesz, dlaczego mam kwaśną minkę?

M: No tak. Ale wiesz, sen mara, Bóg wiara. Mamy tu przecież stragany uliczne, hale targowe i bazarki, na których kotleciki może nie wyglądają aż tak ponętnie jak na rue Montorgeuil...

T: Bo w ogóle ich nie ma.

M: ...nie każdy kartofelek jest ładnie umyty i nie w każdej skrzynce z kartofelkami jest tabliczka z nazwą ich odmiany. Za to ile u nas na przykład kasz wspaniałych...

T: Taaa... gryka jak śnieg biała.

M: ...i pestek, i nasion wszelakich, ogóreczków małosolnych, i młodych orzechów!

T: A kto za tym wszystkim stoi?

M: Czy to pytanie polityczne?

T: Poniekąd. Chodzi mi o to, czy te orzechy i ogórki sprzedaje człowiek, który je wyhodował, czy zaledwie straganiarz, który je kupił w hurtowni?

M: Wreszcie widzę, ku czemu zmierzasz. Po dziesięciu minutach. Zmierzasz ku babie z wyhodowanym przez siebie szczypiorkiem i zrobioną przez siebie śmietaną, zmierzasz do chłopa, trzymającego w pudełku kurę, jeszcze całą w piórach. Więc chodź ze mną na randkę na plac Szembeka.

T: A z kim się umówiłeś?

M: Z własnym dzieciństwem. Którego część - ileż razy ją tu wspominałem - spędziłem na bazarze przy Szembeka. Kupując z matką śmietanę od baby, nieoskubaną kurę od chłopa. Wciąż tam jeżdżę, z przyzwyczajenia. Jest pięknie i kolorowo; czasem upoluję produkt z pierwszej ręki, lecz to rzadkość.

T: Więc jednak rozumiesz sen?

M: Niestety, niestety. Zrozumiałem, zanim go wyśniłeś. Bo myślę o naszych targowiskach od dawna. Myślę o tym paradoksie, od którego krwawią nasze serca: że oto w najbardziej rozwiniętych przemysłowo państwach masz bazary, gdzie kupisz bez trudu to, co posadzone, zrobione, wytworzone "tymi ręcami", podczas gdy w krajach tradycyjnie rolniczych i wiejskich, jak nasz, kupujesz albo produkty z międzynarodowej wymiany, albo znieświeżone i ujednolicone przez hurtowników, pośredników i inne przeszkody w kontakcie klienta z prawdziwą rzeczywistością i z prawdziwym smakiem. Zdarza się, że ludzie pytają: nigdy nie chciałeś wyemigrować? Odpowiadam szczerze: nigdy. Ale czasem łapię się na takim obrazie, bynajmniej nie sennym: mieszkam sobie na wsi francuskiej czy włoskiej i we wtorek idę na bazar. Żadnego blichtru w tym emigracyjnym marzeniu, żadnych Paryżów i jachtów na Riwierze, a tylko pomidor, który jeszcze przed chwilą rósł sobie w ogródku.

T: Źle mówią ludzie o komunizmie i mają sporo racji, ale pomyśl: w czasach największej walki z "prywatną inicjatywą", na targowiskach było tyle prywatności, tyle produktów własnych, ile zechcesz. Oczywiście, nie było hiszpańskich pomidorów i papryki, gruszek z Chile itd., ale wiedziało się, co u kogo się kupuje. A teraz wszystko to samo, wszędzie to samo i rośnie głód na tajne wieści: że oto na tym a na tym bazarze, w takiej a takiej budce można kupić prawdzie masło, kiełbasę, albo kurę z wiejskiego obejścia.

M: Tego Francuzom zazdroszczę najbardziej: tych targowisk, które pojawiają się w każdej dzielnicy w określone dni tygodnia - od Paryża po wioskę langwedocką. I tych lokalnych produktów, których gdzie indziej nie ma. Jakiś czas temu podejmowała mnie kolacją pewna miła bibliotekarka pod Bordeaux. Po ciasteczka maślane pojechała na bazar, gdzie wystawia się Jean; tak fantastycznych w życiu nie jadłem. Po kaczy pasztet na bazar, gdzie wystawia się Marcelle. Tak fantastycznego w życiu nie jadłem. Po marchewkę... i tak dalej. Powiedz, Tadziu, ty jesteś mądry człowiek, książki piszesz: co się stało? Co się stało z naszymi targowiskami? Jest na nich wszystko, ale tak, jakby niewiele było. Powiedz i daj mi nadzieję.

T: Zapewne przyczyn jest wiele, ale chyba najważniejszą jest brak wyobraźni. Przecież te baby i te chłopy przyjeżdżają do stolicy raz na jakiś czas, i rozkładają swoje dobra a to na Nowym Świecie, a to w centrum handlowym Blue City. Niestety, zawsze ma to charakter festynu, a powinno być jak chleb powszedni.

M: Więc komu brak wyobraźni?

T: Myślę, że władzom miejskim czy dzielnicowym. To przez nich symbolem myśli urbanistycznej jest w naszym kraju kostka Bauma, którą lada dzień wyłożą dziedziniec Wawelu. Popularność festynów skupionych na produktach regionalnych jest olbrzymia, więc o powodzenie cotygodniowego targowiska byłbym spokojny. Ale jak powiada pesymista w "Weselu" Wyspiańskiego - "ino oni nie chcom chcieć".

M: Więc trzeba zadziałać, nie oglądając się na władze. Nie wiem, czy zauważyłeś, że w naszym kraju największym wzięciem cieszą się działania nielegalne, na przykład nielegalne targowisko pod Pałacem Kultury. Zatem nielegalny targ uliczny z produktami regionalnymi byłby krokiem we właściwym kierunku.

T: Słusznie mówisz. Ale te chłopy i baby mogą się nie zgodzić na nielegalny handel. Inaczej myśli sprytny handlarz, a inaczej zbożny rolnik.

M: Więc co nam pozostaje? Emigracja?

T: Nie, przyjacielu. Praca organiczna, u podstaw!

M: W epoce internetu? Oszalałeś?

T: A powiedz szczerze, kupiłbyś kartofelki przez internet? Bez wzięcia do ręki, pomacania, obwąchania?

M: To kwestia zaufania do dostawcy.

T: Nie tylko. To również kwestia przyjemności. Przyjemności płynącej z wybierania warzyw na barwnym i gwarnym targowisku. Slow Food walczy o nasze prawo do smaku, ale smakowanie zaczyna się od oglądania i dotyku. Kupowanie warzyw przez internet to złożenie broni.

T: Więc nie ma rady, otwieramy własne, nielegalne targowisko.

T: Czym będziemy handlować?

M: Niczym. Zatrudnimy się tam jako ochroniarze. Będą nam odkładać, baby i chłopy, co lepsze podroby i serki.

T: I wreszcie wrócimy do kupowania spod lady! Do tego zmierzałeś!

M: Tak, wrócimy wreszcie do normalności.

Marek Bieńczyk

Pisarz, eseista, tłumacz i miłośnik wszystkiego, co francuskie. Znawca win i dobrej kuchni. Chętnie gotuje, poszukując nowych smaków

Tadeusz Pióro

Poeta, tłumacz, kucharz i smakosz. Prawie codziennie gotuje ambitny obiad. Wykłada literaturę amerykańską na Uniwersytecie Warszawskim