Blog tygodnia: Klapsa czy konferencja?

Dzięki temu, że jest nas tyle, blog jest bardzo różnorodny. Czasem wolimy trochę zaczekać i nie wrzucać tam byle czego. Propagujemy nie tylko pewną estetykę, ale i sposób życia, poprzez nasze podejście do jedzenia - proponujemy pewien wysiłek, świadomą konsumpcje, eko i sezonowe produkty, wiemy że to się opłaca!!!
Cztery blogerki, jeden blog. Jak się poznałyście?

Znamy się od dawna. Ja, czyli Asia J. pracuję z Magdą oraz od lat przyjaźnię się z Asią D., z Pauliną połączyło nas wspólne środowisko, zainspirowała nas swoim podejściem do jedzenia, wszystko co przyrządzała z okazji licznych imprez było zawsze pyszne. Mamy chyba niesamowite szczęście, że spotkałyśmy się w tym składzie wiele lat temu. Magda jest świetną designerką, Asia D. ma zawsze ciekawe pomysły, ja z Pauliną żonglujemy przepisami.

Czy każda z was ma swoją kulinarną specjalizację?

Paulina dużo podróżuje i jest chyba największą specjalistką wśród nas od kuchni dalekowschodniej - indonezyjskiej, tajskiej, indyjskiej. Aśka J. natomiast zna się najlepiej na zdrowotnych aspektach diety, rozgryza dla nas kuchnie 5 przemian, wie jak ogrzać nerki i ochłodzić wątrobę oraz wyleczyć złamane serce. Magda jest wspaniałą entuzjastką dobrego jedzenia, wraz ze swym partnerem są parą uroczych kulinarnych hedonistów.

Co wyróżnia "Klapsę..." od innych blogów kulinarnych?

Na pewno wygląd naszego bloga wyróżnia nas bardzo, bo nie korzystamy z gotowego wzoru, tylko dostosowałyśmy go estetycznie do naszej książki. Poza tym blog ma swój klub autorów, robimy apetyczne zdjęcia, jesteśmy w nim autentyczne i naturalne. Piszemy o naszych gorszych nastrojach, o tym co się u nas dzieje i tak dalej. Dzięki temu, że jest nas tyle, blog jest dość różnorodny. Czasem wolimy trochę zaczekać i nie wrzucać tam byle czego. Propagujemy nie tylko pewną estetykę, ale i sposób życia, poprzez nasze podejście do jedzenia - proponujemy pewien wysiłek, świadomą konsumpcje, eko i sezonowe produkty, wiemy że to się opłaca!!!



"Klapsa czy konferencja" to także tytuł książki z waszymi przepisami. Jak rodziła się jej koncepcja?

Ta koncepcja nie rodziła się w bólach, powstała spontanicznie pewnego pracowitego popołudnia, rozwijała się na plaży w upalnym słońcu, dojrzewała latami i wreszcie zaowocowała piękną książka. Najpierw napisałyśmy wszystkie przepisy, podzieliłyśmy je na rozdziały i zaczęłyśmy pisać krótkie wstępy - historyjki do każdego rozdziału, równolegle powstawały zdjęcia, oddające bardziej atmosferę, niż ilustrujące konkretne przepisy. Jak już wszystko było zebrane, powstała grafika i zaczęły się poprawki. Trwało to dość długo, ale jest to zupełnie niezależna produkcja i jesteśmy z niej bardzo dumne!

Wasza książka to również uczta dla oczu.

To zasługa naszej wspaniałej designerki Magdy. Magda na co dzień zajmuje się projektowaniem graficznym, więc od początku było wiadomo, że książka musi wyglądać niebanalnie pod względem wizualnym. Większość książek kucharskich na polskim rynku wygląda bardzo podobnie, tzn. bazuje na podobnych rozwiązaniach graficznych i zdjęciach kopiowanych z zachodu. Podświadomie czułyśmy, że jest grupa ludzi, która mogłaby się zidentyfikować z bardziej kreatywnym podejściem. Chciałyśmy, żeby nasza książka oddawała po części to, jakie my jesteśmy, stąd dużo ilustracji, kolorów. Sesje zdjęciowe organizowałyśmy same wraz z Martą Pruską, i na niektórych można nas nawet zauważyć.



Prowadzicie również warsztaty kulinarne. Czego uczycie swoich kursantów?

Chcemy przekazać ludziom, że gotowanie jest proste, przyjemne i zabawne. Pokazujemy egzotyczne produkty dostępne w sklepie za rogiem i uczymy, jak łatwo przyrządzić różne wyszukane dania. Staramy się oswoić ludzi z gotowaniem. Niewiele potrzeba, żeby się dobrze i ze smakiem odżywiać, a dostarcza to nieprzeciętnie wiele przyjemności i satysfakcji

Planujecie jeszcze jakieś inne kulinarne przedsięwzięcia?

Przede wszystkim planujemy następną cześć książki, blog jest jakby polem na którym kiełkują różne pomysły, jak ona ma wyglądać. Poza tym robimy warsztaty kulinarne i bierzemy również udział w różnych ciekawych wydarzeniach - na przykład w zeszłym roku rolowałyśmy suszi z kaszy na placu Zbawiciela, a niedawno brałyśmy udział w sąsiedzkim pikniku na Żoliborzu, gdzie sprzedawałyśmy muffinki, lemoniadę i konfitury z mirabelek z 82 r. znalezione u Aśki w piwnicy. Paulina skrycie marzy o otwarciu organicznego bistro na Saskiej Kępie, ale najpierw musi wygrać w totka.

Czym jest dla was gotowanie?

Na pewno to podstawowa konieczność jak o siebie zadbać - przecież jesteśmy tym co jemy! To również doskonały sposób na wyrażenie sympatii i miłości dla bliskich.

Dużo wspólnie gotujecie?

Kiedyś chyba więcej. Na pewno dużo wspólnie jemy, raz gotuję ja, raz Paulina, raz Magda, a czasem jeszcze ktoś inny dla nas coś gotuje, a my zainspirowane przekuwamy to na własne dania. Lubimy razem siadać przy stole i się delektować...



Coraz więcej w sieci kulinarnych blogów i serwisów. Czy gotowanie Waszym zdaniem stało się po prostu modne?

Tak i bardzo nam się to podoba, że na przekór fastfoodowemu marketingowi ludzie interesują się prawdziwym jedzeniem. Dzięki podróżom, TV, internetowi, a także dzięki coraz lepiej zaopatrzonym sklepom, poszerzamy nasze kulinarne horyzonty, poznajemy najlepszych kucharzy, eksperymentujemy. Stajemy się bardziej świadomi tego co jemy, ciekawi nas jak to się stało, że właśnie na naszym talerzu znajduje się taka pyszna potrawa, jakie są jej korzenie, jak powstała. Widzimy też, że w mediach bardzo dużo jest programów, artykułów o jedzeniu, o tym co dobre, co złe, co zdrowe, a co nie, powstaje niewyobrażalny chaos informacyjny, ludzie sa zdezorientowani, ogromny w tym udział mają reklamy. Nie podobają nam się programy kulinarne czy książki kucharskie sponsorowane przez jakieś granulki czy kostki. To nie jest dobre dla nikogo, no może oprócz producenta tychże produktów i stacji TV. Kucharz musi być niezależny i wybierać produkty w sposób świadomy!

Jeden z ostatnich przepisów Pauliny na pożywne śniadanie, podobno świetne po wyczerpujących nocnych szaleństwach: Frittata z młodym bobem

Zasady, które rządzą przygotowaniem frittaty są banalnie proste. To jest bardzo bliska kuzynka hiszpańskiej tortilli i trochę dalsza francuskiego omletu. Potrzebujemy więc jajek, oliwy, jakiś warzyw i trochę parmezanu albo innego sera. Towarzystwo ziół też jest wskazane.

- 20 deko młodego bobu (około 1 szklanki)

- 1 młoda cebula (nie za duża)

- 2 jajka (u mnie to są zawsze jajka od zielononóżek)

- garść świeżo startego parmezanu

- oliwa do smażenia

- sól

- wędzona papryka w proszku (może być też świeżo mielony pieprz)



Bób gotujemy krótko (7-10 min) w osolonej wodzie, odcedzamy, przelewamy zimną wodą i obieramy. Na grubej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i podduszamy pokrojoną w listki cebulkę. Gdy będzie szklista dodajemy bób. Jajka utrzepujemy intensywnie widelcem, solimy i mieszamy z parmezanem. Wylewamy na warzywa na patelni i lekko nią ruszając rozprowadzamy całość, żeby nam się równiutko smażyło. Posypujemy papryką lub pieprzem. Smażymy na średnim ogniu, 5 -10 min, pod koniec przykrywamy, żeby góra się ścięła. Możemy też wsadzić do piekarnika pod górny opiekacz (musimy mieć do tego patelnie całą z metalu), albo obrócić za pomocą przykrywki. Według mnie to z rana jednak za wiele zachodu, wystarcza przykryć. Jeśli mamy oliwę truflową - parę kropel zwieńczy nasze dzieło. Aha, to jest porcja dla jednej, głodnej kobiety, jeśli akurat jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że jadamy śniadanie z kimś - szczodrze pomnóżmny składniki przez liczbę osób

klapsaczykonferencja.pl

Znasz ciekawy blog kulinarny lub sam(a) taki prowadzisz? Pisz na adres ugotuj.to@gazeta.pl