Objedzeni obiadem [MIELENIE JĘZYKIEM]

Ostatnim razem udało nam się zabrnąć na manowce, w dość śliskie rejony, gdzie król Jan III Sobieski cudem uniknął całowania kobylego ogona. Szczęśliwie zdołaliśmy też dotrzeć do etymologii polskiego śniadania, co z kolei podpowiada dalsze kierunki eksploracji kulinarnego słownika. Bo skoro jesteśmy już po śniadaniu, warto się zastanowić nad obiadem.

Etymon psychofana

A jeżeli obiad, to jak podpowie nam intuicja, objadać, objedzony, obiadować. Ale tu czai się pułapka. Taka, o której doskonale pamiętaliśmy pisząc w zamierzchłych czasach szkolne dyktanda, a która w natłoku ważniejszych spraw jakoś zeszła na plan dalszy i na ogół nie mąci nam umysłów. No bo do czorta, skoro obiad i objadać pochodzą od tego samego rdzenia słowotwórczego, to dlaczego jedno piszemy przez „i”, a drugie przez „j”?
Odpowiedź jest tyleż prosta, co bezwzględnie zawiła dla każdego poza psychofanem gramatyki historycznej języka polskiego. Prosta, bo sprowadza się do krótkiej odpowiedzi: otóż obiad i objadać, nie mają wcale wspólnej podstawy słowotwórczej. Zawiła, bowiem różnica w owej podstawie słowotwórczej powstała na dosyć późnym etapie rozwoju języka i ma ścisły związek z wiekiem obu wyrazów.


Oba słowa, oczywiście wywodzą się od wspólnego etymonu (czyli pierwotnego źródła etymologicznego wyrazu, starszego niż pamięć o smokach na ziemi).  
O ile jednak obiad jest kontynuacją prasłowiańskiego *esti-, o którym już sporo napisaliśmy i jest stareńki jak czas, o tyle objadanie powstało znacznie później. Jako forma pochodna od wyrazu jadać. A ten już tak zwaną „jotę” posiadał.  W efekcie, dziś, w XXI wieku, kiedy stajemy przed jakże ważkim pytaniem: „j” czy może jednak „i”, dla całkowitej pewności powinniśmy mieć na podorędziu metryki narodzin obu wyrazów. I jak tu nie współczuć gimnazjalistom?

Do kości i do ogryzka

A wracając do samego obiadu, warto wspomnieć, że jego etymologiczne znaczenie, wcale nie jest tak oczywiste jak mogłoby się wydawać. Otóż bowiem ta pierwotna, dwuczłonowa budowa (ob+*esti) oznaczała zjadanie dookoła, z każdej ze stron. Co z jednej strony można tłumaczyć jako najadanie się w pełni, do syta - takie po prostu obżeranie hipotetycznego kurzego udka, aż nic z niego nie zostanie. Albo pastwienie się nad jabłkiem do chwili, kiedy zostanie z niego niewielki ogryzek.


Ale z drugiej strony, czemu przyklaskuje ochoczo wielu etymologów, ten dookolny element może sugerować społeczną wartość posiłku. Bo dookoła w tym znaczeniu mogło oznaczać wspólnie, czyli w grupie. A zatem: przedmiot obiadu tkwił sobie bezsilnie wewnątrz kręgu licząc na rychły, łaskawy koniec, zaś kontenta społeczność wspomnianego kręgu spożywała go (ów przedmiot posiłku) z każdej ze stron, czerpiąc niekłamaną przyjemność ze wspólnego spędzania czasu. Tak oto, być może, rodziły się rytuały kulinarne. Pomyślcie o tym przy najbliższym obiedzie.

Magdalena Łuczak

Zawodowo marketingowiec, ideowo polonista. Od 39 lat spogląda na świat w ciągłym zadziwieniu, że ten, wciąż oferuje coś nowego do spróbowania. Wytrwała poszukiwaczka smaków i smaczków języka. Obarczona niepohamowaną potrzebą dzielenia się językoznawczymi znaleziskami kulinarnymi.

Więcej o: