Witaj, stołówko!

Niech robią sałatki na lekcji, a najlepsza kompozycja niech triumfuje na szkolnym obiedzie
Kiedy w zeszłym roku wybieraliśmy szkołę dla syna, kwestia jedzenia nie była najważniejsza, ale ten temat nie umykał mojej uwadze. Spodobało mi się, że w naszej szkole nie ma sklepiku. Wiadomo, że w szkolnych sklepikach można znaleźć wszystko, czego dzieci jeść nie powinny, a co pociąga je kolorowym opakowaniem, niespodzianką w środku i reklamą. Ponieważ zakaz korzystania z tej oferty skazałby dziecko na banicję towarzyską, bylibyśmy na przegranej pozycji. Komu służy umieszczanie takich pól minowych w szkołach? Pozytywem jest też dostępna woda do picia. Jakość kranówki pozostawia wiele do życzenia, a na razie nie wymyślono lepszego napoju dla rodzaju ludzkiego niż woda.



Ponadto nasza szkoła ma na miejscu kuchnię, czyli szansę na świeże, gotowane, zdrowe jedzenie. Dzieci muszą jeść często i regularnie. To poprawia samopoczucie, koncentrację i wyniki w nauce. Ale karmienie ich to wyzwanie. Potencjalny klient szkolnej stołówki jest wybredny i nie znosi nowości (nie spróbuje, bo wie, że nie lubi). Do tego dochodzi priorytet każdego rodzica, by dziecko jadło zdrowo, i liczne pułapki, które zastawia na nas przemysł spożywczy. Cukier to wróg, puste kalorie, szybko zamienia się w tłuszcz, zaspokaja głód chwilowo, sprzyja próchnicy. Ale dzieci za nim przepadają. Łatwo je zadowolić, serwując słodzone naleśniki, kluski leniwe, ryż z jabłkami, pierogi z jagodami, placki ziemniaczane i makaron z truskawkami. Dodajmy urodziny, wycieczki i święta, i nasze dzieci przekraczają sensowne dawki cukru. Dlatego w szkolnym menu nie powinno być drożdżówek, pączków, batonów. To zapychacze, sztucznie barwione i aromatyzowane. I pełne szkodliwych tłuszczów trans, powszechnych w przemysłowym pieczywie cukierniczym.



Zupa to ostoja polskiej kuchni i zdrowego jedzenia. Ale jak powstrzymać ręce kucharek od dodawania kostki rosołowej i gotowych mieszanek przyprawowych? Urząd Miasta Warszawy w ramach akcji 'Wiem, co jem' przygotował książkę 'Propozycje posiłków dla dzieci w przedszkolach i szkołach' popartą szkoleniami, by przywrócić w stołówkach umiejętność gotowania bez wzmacniaczy smaku. Trzymam kciuki za ten projekt. Miękki kotlet, miękka parówka, miękka bułka i ryba panga - przyzwyczajanie do tego, co miękkie i jałowe w smaku, jest powszechne w szkolnych stołówkach. Dzieci nigdy nie rozsmakują się w razowym chlebie, kaszach, morskich rybach, jeśli będziemy je karmić tym, co łatwo pogryźć i czego smak powstaje w laboratorium chemicznym lub w intensywnej hodowli. Jaki sens ma podawanie dzieciom kurczaków, które były karmione paszą wzbogaconą hormonami wzrostu i antybiotykami? Kaczki, gęsi, jagnięta opierają się intensywnej hodowli, rośliny strączkowe to też źródło białka, ale na razie pomijane w szkolnym menu.



Weźmy warzywa i owoce, które - jak wiadomo - należy jeść pięć razy dziennie. Czy wystarczy na kanapce położyć plaster zimowego pomidora i ledwo żywy liść sałaty? To mydlenie oczu. Większość dzieci zdejmuje ten plaster z niesmakiem. Nie zjadają też surówek. Zamiast zarzucać rodzicom, że nie nauczyli dzieci jeść warzyw, można postąpić tak jak Włosi, którzy swe osiągnięcia prezentowali na ostatnim Salone del Gusto. Zauważywszy, że w stołówkach źle się dzieje, najpierw sprawdzili, co wraca na talerzach niezjedzone. Potem przepracowali receptury. Nowe przepisy oparli wyłącznie na lokalnych świeżych sezonowych produktach i stworzyli menu, które smakuje. Dzieciom podawałabym warzywa w barze sałatkowym - niech kuszą ich kolory, różnorodność. Zamiast przymusu - atrakcyjna forma. Niech robią sałatki na lekcji, a najlepsza kompozycja niech triumfuje na szkolnym obiedzie. W naszej szkole udało się to świetnie z sałatkami z owoców. Autorzy byli dumni i chętnie je wcinali.



W szkolnych stołówkach w Polsce jest wciąż dużo dobrego jedzenia gotowanego od podstaw, ale wypierają je produkty przetworzone, poprawione barwnikiem, konserwantem, aromatem. Zgodnie z normą i higienicznie. Zgodność z przepisami daje złudzenie, że ktoś odgórnie dba o zdrowie naszych dzieci, ale ostateczna odpowiedzialność spoczywa na nas, rodzicach. Razem z dyrektorami szkół dbajmy o to, czym są karmione! Nauka zdrowego jedzenia jest tak samo ważna jak matematyka i polski.



Pomidorowa

1 włoszczyzna

6 łyżek oliwy

1 kg pomidorów

ziele angielskie

listek laurowy

3 ząbki czosnku

sól, pieprz, cukier



Warzywa oczyścić i pokroić na kawałki. W garnku rozgrzać połowę oliwy, zrumienić warzywa, zalać 1 l zimnej wody. Zagotować, dodać listek, ziele angielskie, czosnek, sól i pieprz. Gotować godzinę na małym ogniu. Wywar odcedzić, warzywa usunąć. Na reszcie oliwy udusić pokrojone pomidory. Zmiksować na gładki krem lub przetrzeć przez sito. Połączyć z wywarem, doprawić do smaku. Zupa jest lekka. Aby stała się intensywna w smaku i kremowa, można ją wzmocnić koncentratem pomidorowym. Wywar z warzyw może służyć jako baza innych zup, najlepiej przygotować go w dużej ilości i zamrozić w porcjach.