Wojna marchewkowa

Zdrowe jedzenie kontra smutna rzeczywistość w polskich stołówkach. Czyli co jedzą nasze dzieciaki, a co jeść powinny
Szarozielona papka z mrożonego szpinaku, przypalona zupa mleczna, zabielona mąką potrawka z rozgotowanych kurzych skórek lub gulasz z licznymi kawałkami tłuszczu - znane z przeszłości koszmary szkolnej stołówki nie straszą już dzieci. Dzisiejszej szkole zależy, by uczniowie lubili szkolne posiłki. I, paradoksalnie, właśnie to powoduje, że ze szkolnym jedzeniem mojego syna mam kłopot. Kajetan je lubi.

Mój pierwszy protest wzbudziły słodkie podwieczorki. Byłam przekonana, że z tym uporamy się szybko, bo przecież wszyscy rodzice wiedzą, że cukier, zamiast krzepić, szkodzi. Wystarczą urodziny, imieniny, święta, wizyty babć, cioć i znajomych, by młodzi opływali w batony, czekolady i żelki. Dodawanie jeszcze do codziennej diety herbatników, drożdżówek lub pączków uznałam za absurd i na pierwszym zebraniu rodzicielskim zaproponowałam zmianę popołudniowego menu na surowe warzywa, suszone owoce, orzechy, pełnoziarniste wypieki, naturalne jogurty. Moja nadzieja na wspólny front była naiwna. Bo co zrobić z argumentami typu: "moja córka nie jada marchewek, wolę by zjadła drożdżówkę niż nic", "dzieciom należy się coś słodkiego po dniu ciężkiej pracy", "niektóre zostają w szkole do późna, drożdżówka lepiej je nasyci niż jogurt". Moje perswazje, że domowe ciasto - owszem - byłoby w porządku, ale to, co dostają dzieci, to przecież przemysłowe pieczywo cukiernicze (czyli, oprócz cukru, tłuszcze trans, sztuczne aromaty, barwniki, spulchniacze i konserwanty), nie zdały się na nic. Sukces marchewki byłby możliwy tylko wtedy, gdyby wszyscy rodzice i nauczyciele zaczęli ją chrupać z entuzjazmem. Wiem, że z czasem nawet ta dziewczynka, która nie lubi marchewki uznałaby, że normą jest jadanie po południu warzyw, a pączki pojawiają się tylko od wielkiego dzwonu. Ale w szkole euforii dla projektu zmian nie udało się wykrzesać. Ilość popołudniowych słodyczy ograniczono, lecz z ociąganiem i pod presją, a wśród uczniów pojawiły się mity o wyrodnych rodzicach, którzy nie pozwalają na batoniki.

Niedawno w ramach organizacji Slow Food przygotowałam warsztat dla dzieciaków mający trochę uwrażliwić ich podniebienia. Z zawiązanymi oczami rozpoznawaliśmy gatunki ziół, odróżnialiśmy aromaty naturalne od sztucznych, uczyliśmy się podstawowych smaków. W finale porównywaliśmy sok wyciśnięty z wiśni z napojem pseudowiśniowym, który zrobiliśmy, dodając do wody cukier, kwasek cytrynowy, czerwony i niebieski barwnik spożywczy oraz sztuczny aromat. Chciałam, by młodzi poczuli różnicę, uświadomili sobie, że słodkie i kolorowe, to niekoniecznie smaczne. Ale ich "smaczne" jest dalekie od mojego. Smak podkręcony aromatem nie razi ich sztucznością. To jest ich codzienność, do tego są przyzwyczajane. Kto od dzieciństwa jada wędliny napompowane wodą, skrobią i polifosforanami, nie tęskni za prawdziwymi wyrobami. Dlatego mam niechęć do szkolnych kanapek z drobiową szynką i parówek na drugie śniadanie. Nie chcę, by Kajetan złapał się na ich różowy kolor i jednolitą fakturę. Wędliny, które kupuję do domu, selekcjonuję bardzo uważnie. Ale propozycję, by zaopatrywać się u certyfikowanego dostawcy wyrobów ekologicznych, szkolny pan intendent zignorował. Takie życzenia to tylko "kosztowna fanaberia". Dla mnie kosztowną fanaberią jest układanie w zimie na kanapkach pomidorów. Pomidor bez smaku, bez zapachu, dojrzewający bez słońca, według mnie nie ma wartości, a traktowanie go jako dodatku witaminowego, to mydlenie oczu. Podobnie zresztą jak podawanie dzieciom niesmacznych surówek, których one nie lubią i nie chcą.

Nie da się zadekretować obowiązkowego jedzenia warzyw. Żeby młodzi chcieli po nie sięgać, musiałyby być atrakcyjne. A atrakcyjne warzywa nie są mocną stroną polskiej kuchni. Nasza kulinarna ostoja to ziemniaki, mięso i potrawy mączne. To lubią panie kucharki, to jada się w domach i to dostają dzieci w szkole. A mnie mierzi mięso podawane codziennie na obiad: bo taka obfitość zwierzęcego białka jest niezgodna z piramidą żywieniową, bo kurczaki i wieprzowina są z intensywnych hodowli opartych na sojowych paszach GMO, bo pochłaniając tyle mięsa, automatycznie wyrzucamy z talerza rośliny strączkowe, kasze i pełne zboża. Jednak dla szkoły i rodziców mięso wciąż ma markę najwartościowszego posiłku. A ulubionym daniem Kajetana stał się kotlet panierowany.

W pierwszym roku miałam dużo entuzjazmu i wiary, że jedzenie w szkole można zreformować. Zwłaszcza że w szkole mojego syna i tak jest nieźle, bo nie ma sklepiku - świątyni chipsów i coli, a na miejscu gotuje się świeże posiłki. Odbiłam się jednak od ściany niezrozumienia. Z racji mojego zawodu, dużo czytam o przyczynach rosnącej otyłości dzieci w wieku szkolnym, śledzę tendencje w kulinariach, pogłębiam wiedzę o jakości jedzenia, zauważam zmiany na rynku. Widzę, jak zalewa nas żywność coraz bardziej przetworzona, coraz uboższa w składniki odżywcze. Ale dla pozostałych rodziców i dyrekcji jest to temat marginalny. Istotne są wyniki w nauce. Nikt ich nie wiąże z dobroczynnym wpływem zdrowej diety i sportu. Dla pań kucharek wszelkie zmiany to zagrożenie ich oswojonego status quo. Pracują od lat w zawodzie, w dobrej wierze doprawiają zupę vegetą, posypują cukrem placki ziemniaczane. Przecież dzieciaki to lubią.

Każdy deklaruje, że zależy mu na zdrowym jedzeniu dla dzieci. Ale sugestia, by sięgać po produkty z ekologicznym certyfikatem, by podstawę diety stanowiły warzywa, owoce i pełne ziarna, by dzieci uczestniczyły w przygotowywaniu dań i dowiadywały się więcej o jedzeniu, nie znajduje poparcia. Na końcu zawsze pada hasło, że to kosztowałoby za drogo. Ale gdyby zaproponować kierowcom, by kupowali tanią benzynę, z tym że zamiast benzyny wlewaliby do baku produkt benzynopodobny, nikt by się nie zgodził w obawie o osiągi i żywotność silnika. Natomiast kiedy dajemy dzieciom pasztet cielęcy, który zawiera 7% cielęciny, to wszystko jest w porządku.

Agnieszka Kręglicka

Mama ośmioletniego Kajetana i sześcioletniej Toni. Wraz z bratem Marcinem Kręglickim prowadzi w Warszawie kilka restauracji: meksykańską El Popo, greckie Meltemi i Santorini, włoską Chianti, oraz Opasły Tom PIW-u, Fortecę i Piątą Ćwiartkę