Chłodny urok arystokracji

Myśli na czubku widelca rozwija Ludwik Lewin
Podczas przyjęć w Pałacu Aleksandrowskim w Carskim Siole, car obsługiwany był jako pierwszy i jako pierwszy rozpoczynał jedzenie, W czym nie ma nic dziwnego. Bardziej nieoczekiwanym obyczajem było to, że gdy tylko kończył, zabierano wszystkie talerze, nie patrząc, czy inni mieli czas zjeść. A jednak, patrząc. Podobno w trosce o to, by najpóźniej obsłużonym i tym powolniejszym nie sprzątano ostatnich kąsków spod nosa, sam imperator-samodzierżca dostosowywał tempo jedzenia do współbiesiadników. Kucharzy autokrata miał co niemiara i najwyższej klasy. Wyszkoleni byli we francuskich szkołach kucharskich, pracowali pod batutą prawdziwie francuskiego szefa. Jedzenie było więc pyszne. Pyszne, ale nieco chłodnawe, bo pałacowe kuchnie mieściły się w odległości kilkuset metrów od pałacu i dania nosić trzeba było przez ulicę. Dopiero w początku XX wieku przekopano tunel i potrawy dojeżdżały pod ziemią. Wciąż miały dosyć czasu na stygnięcie. Podobnie było w Wersalu i w większości pałaców europejskiej arystokracji, jakby niska temperatura posiłków była ceną za wysokie urodzenie.

W dawnych czasach królowie, książęta i pomniejsi feudałowie nie tylko nawet zimą, ledwo letnie jadali pokarmy. Nie mieli stołowego, ani stołu jadalnego. Przynajmniej na stałe. Przed obiadem, z szaf czy innych schowków lub zakamarków służba wydobywała dechy, kładła je na krzyżakach i do tej prowizorycznej konstrukcji dosuwała długie ławy. Jakże nieprzytulnie musiało być w tych wielkich, niemożliwych do ogrzania komnatach, jak trząść się musieli biesiadnicy przy nóżkach w galarecie. Życie przy jedzeniu stało się przyjemniejsze dopiero wtedy, gdy znaczenie arystokracji zmniejszyło się wydatnie i gdy rej wśród europejskiej ludności wodzić zaczęło mieszczaństwo. Bo w przeciwieństwie do feudalnego rozmachu i bliskości absolutu, intymność, komfort, wygoda to mieszczańskie ideały. Jednak po upadku komunizmu te chyba też się już kończą.

Byłem za Oceanem u majętnych przyjaciół, którzy mieszkają w lofcie. Trzypiętrowym. Powierzchni jest tam niewiele mniej niż na warszawskim Placu Defilad i też jest to przestrzeń otwarta. Tylko łazienki, znaczy prysznice i ubikacje, oddzielone są ściankami z grubego matowego szkła. Nie ma sypialni, nie ma kuchni, nie ma stołowego. Właściwie nic dziwnego, bo tak naprawdę to nie ma tam posiłków. Śniadania jada się w pobliżu komody z blatem, na którym stoi elektryczny czajnik, ekspres do kawy, niemal tak wielki jak w kawiarni i krótkofalówka, znaczy piec mikrofalowy. Później też każdy radzi sobie sam i kiedy chce. Jeśli ktoś ma ochotę na coś innego niż gotowe zupy czy makaron z plastikowego kubka, to przynosi sobie z miasta kawałek pizzy, którą podgrzewa w mikrofalowym piecu. W ogromnej lodówce błąkają się zapomniane wędliny w plastykowych opakowaniach i otwarte kartony mleka. Na swoim miejscu jest tylko wódka w zamrażarce. Na rzadkich przyjęciach podaje się jedzenie z garmażerii, lepsze, gorsze, ale zawsze przestudzone. Stawia się je na blatach rozłożonych na krzyżakach. Goście nie siadają na ławach, bo ich nie ma. Nie dziwi ich to, bo sami też tak żyją i też tak przyjmują. Co nie znaczy, by byli ascetami. Stojąc przy oknie, z kieliszkami w dłoniach, rozmawiają o minionych i przyszłych podróżach, z zachwytem opowiadają o komforcie hoteli, w jakich się zatrzymują i finezji wykwintnych potraw w restauracjach, w których jadają.



Ludwik Lewin
Dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu.