Zjeść i wypić Dolomity

Do niedawna włoskie dolomity były dla mnie tylko (aż?) miejscem narciarskim. Super przygotowane stoki, śnieg gwarantowany, kolejek żadnych, fajni ludzie. Od czasu wyjazdu do Alta Badia z Tessą Capponi-Borawską i Piotrem Adamczewskim wiem coś jeszcze. Tyrol to genialna kuchnia, wielkie wina i knajpki, z których żal wychodzić
Polaków spotkamy w całym Południowym Tyrolu, wyraźnie upodobaliśmy sobie ten region, całkiem słusznie zresztą. Jesteśmy w Alta Badia, Val Gardenie i w Selvie, w masywie Selli i Civetty, w malutkim, ale uroczym Maso Corto w Val Senales u stóp lodowca Hochjoch. W Madonnie, w Cortinie, w Tonale. Sezon narciarski trwa od listopada do kwietnia, nawet do maja, a na lodowcu pojeździcie i latem, co prawda maksymalnie do pierwszej, bo potem wszystko płynie - ale zawsze. Problemów ze śniegiem nie bywa. Najwyżej z nadmiarem. Kto nie jeździ na nartach, może wędrować kilometrami na rakietach śnieżnych (wydaje się łatwe, ale po godzinnym spacerze czujecie każdy mięsień), przejechać się saniami albo po prostu połazić w dobrych butach po zaśnieżonej okolicy. Poza sezonem jeździmy na rowerach i konno, spacerujemy po górach, są nawet pola golfowe. Słowem - nuda nie grozi.

Po włosku i ladyńsku

Utratę kalorii po nartach nadrobimy bez problemu. Można stawiać na kuchnię ogólnowłoską. Na przykład na pastę i pizzę - jesteśmy w Tyrolu, bierzemy więc pizzę ze speckiem, zamiast prosciutto, spaghetti z grzybami lub dziczyzną, a risotto z jabłkami (tyrolskimi). Prawdziwy smakosz powinien jednak spróbować kuchni miejscowej, to jest ladyńskiej. Zwłaszcza jeśli smakosz ów przebywa w pobliżu San Cassiano, LaVilla, Colfosco i Corvary, Val Badia, Val Gardeny, Fascia lub Anpezo (Ampezzo). Mieszka tam czteroprocentowa mniejszość ladyńska, niezwykle dumna ze swojego języka, inności kulturowej, w tym i kulinarnej. Potomkowie Ladynów mają swoje radio i telewizję RAI ladina, wychodzi gazeta "Usc di Ladins" w języku Ladin dolomitan. Jaka jest ladyńska kuchnia? - Prosta, wiejska, tania - mówią Max i Nicola, dwójka młodych ludzi o ladyńskich korzeniach. - Tu zawsze było biednie, gotowano z tego, co niezbyt urodzajna ziemia dała. We Włoszech uważano nasze jedzenie za prostackie, bogatsi wieśniacy starali się jeść "po miastowemu". Dziś, wiele się zmieniło - dzięki modzie na ekologię i slow food. Nicola, z podziwem: - Moja prababcia to się musiała nagłowić, żeby z paru byle jakich składników codziennie zrobić inny obiad. A jeszcze wykombinować coś od święta! Od święta bywało mięso. Wtedy, kiedy zabiło się krowę albo coś tam nielegalnie ustrzeliło. Bo choć dziś kuchnia ladyńska słynie z dziczyzny, kiedyś chłopom polować nie było wolno.

A na co dzień było skromnie, choć przeważnie tłusto. Tyrolki smażyły w oleju tutres, okrągłe placki ze szpinakiem, kiszoną kapustą lub makiem. Robiły canederli (Knödel), czyli knedle, które wkładały do rosołu (najlepsze ze speckiem, Speckknödel lub bales da cioce). Gotowały zupy (najczęściej chlebową jopa panada lub Gerstensuppe, zuppa d'orzo, czyli krupnik), lepiły pierogi (na przykład cajinc~ arst^s, podobne do polskich, ale faszerowane serem bądź szpinakiem i smażone) i kluski serowe z podobnego do ricotty Graukäse. A resztki mięsa smażyły z ziemniakami i nieodłącznym speckiem. Do dziś można coś takiego zamówić w ladyńskich knajpkach pod nazwą Herrengröstel (Gröstl).No i są słodycze z żytniej lub pszennej mąki. Gorące małe ciastka z jabłkami lub makiem (smażone lub - w lżejszej wersji - pieczone). Klasyczny tyrolski strudel. Placki z orzechami, migdałami, kandyzowanymi i suszonymi owocami.

Górski homar i Formuła I

Wiemy, co zjeść, teraz - gdzie. Najpierw wersja ekonomiczna. Na tani i smaczny lunch wybieramy jedno ze schronisk, jakich pełno przy trasach zjazdowych. Gdy poczujemy głód, podjeżdżamy do tzw. Hütte (po ladyńsku: Utia, czyli chata), odpinamy narty i już. Zamawiamy pizzę, gorące panino (kanapkę), pastę, michę zupy czy deskę z serem i speckiem oraz Schüttelbrotem, takim kminkowym sucharem. Co ważne - wszędzie jest wyśmienita kawa. Za parę euro najemy się po uszy.

Z miejsc nieco droższych, ale za to szczególnych, sprawdziłam i polecam dwa. Powyżej wioski Selva macie znane wśród smakoszy Rifugio Emilio Comici. Gdyby nie Max, chyba bym nawet tam nie weszła, ot kolejne schronisko, nawet nie za piękne z zewnątrz. Ale Max nalega i minę ma tajemniczą, wchodzimy. Towarzystwo w butach narciarskich, ledwo omiecione ze śniegu, pożera homary, przegrzebki i ostrygi. - Lubisz doradę pieczoną w soli? - pyta Max. A może wolisz szaszłyk z żabnicy? Stek z miecznika? Rzecz dzieje się, przypominam, 2153 m powyżej poziomu morza. Wszystko świeżuteńkie - właściciele mają łowiska blisko Wenecji oraz sprawdzonych dostawców ze świata. Owoce morza i ryby dostarczane są codziennie. Helikopterem. Ceny absolutnie w porządku (homar Tessy na spaghetti kosztował 25 euro). W porze obiadu i kolacji bywa problem z miejscem, warto rezerwować. Zwłaszcza jeśli macie ochotę jeść w pokoiku na trzy stoły, gdzie bywają ponoć najsłynniejsi kierowcy Formuły I (Michael Schumacher i Giancarlo Fisichella dla przykładu, o Kubicy nie wiem), znani narciarze, alpiniści i himalaiści - co potwierdzają zdjęcia i autografy na ścianach.

Tom Cruise w ratraku

Po nocnym spacerze na rakietach śnieżnych, zgłodniali i strasznie zmęczeni, trafiamy do knajpki Baita L Muline nieco powyżej Selva Gardena. Domek jak z tyrolskiej bajki, kraciaste obrusy i zasłonki w kwiatki to może nie jest to, co lubię najbardziej, ale wystrój rzecz drugorzędna, bo oto mamy okazję spróbować kuchni ladyńskiej w formie czystej, smacznej i taniej. Zamawiam Speckknödelsuppe (rosół z wątrobianym knedlem) i pierogi ze szpinakiem. I jeszcze carpaccio z sarny. Max patrzy przerażony. - Nie zjesz - mówi. Nie zna mnie, myślę. I nie zjadam, udaje mi się tylko spróbować po odrobinie (z serca radzę - kto trafi do L Muline, niech nie zamawia trzech dań naraz). W celu poprawienia trawienia pijemy weissburgundera, na koniec po kieliszku grappy. Biorę taką z korzeniem gencjany (tu nazywa się to Enzian), mocną i wytrawną. Aha: Enzian-Grappa to mój faworyt w świecie grapp, nie znam jednak nikogo innego, komu by toto smakowało, więc uważajcie.

O dobrych, tanich i ciut droższych miejscach było, teraz luksus, zapach pieniędzy i powiew wielkiego świata. Znajdziemy go w miejscach modnych, gdzie spędzają urlop celebryci światowej sławy, by wymienić Toma Cruise'a, Katie Holmes, Berniego Ecclestone'a (tego od Formuły I), Heidi Klum czy Zucchero. A wraz z nimi zwykli narciarze z niezwykle dużymi pieniędzmi. Na początek z grubej rury: St. Hubertus w malutkim San Cassiano, restauracja w hotelu Rosa Alpina (nocleg w tym pięknym miejscu z własnym spa polecam każdemu, kto ma do wydania jakieś 500 euro za dobę). Dwie gwiazdki Michelina, Tre Forchette (trzy widelce) Gambero Rosso, 3 Hauben ("czepki" kucharskie), czyli 18 punktów w GaultMillau Südtirol 2007.

Jedzenie - przyznajmy, droższe niż w schroniskach, za pełny, cztero- lub sześciodaniowy obiad zapłacimy od 64 do 100 euro (bez alkoholu) - znakomite i pięknie podane. Wina pomogą dobrać wykwalifikowani sommelierzy, a jeśli uda się zarezerwować miejsce w chefs table, możecie podejrzeć przez przeszkoloną ścianę szefa kuchni, Norberta Niederkoflera, a nawet z nim pogadać, co jest, zapewniam, dodatkową przyjemnością, gdyż Norbert to człowiek miły, kulturalny i wie mnóstwo na temat kuchni i win tyrolskich. - Gotujemy wyłącznie z tyrolskich produktów, które można dostać w promieniu 100 km od San Cassiano. Jedno danie to 3-4 podstawowe składniki, za to super jakości - zapewnia Norbert. - Drób sprowadzamy z Valle Aurina, dziczyznę, koźlinę i wieprzowinę, ryby, warzywa, leśne owoce i grzyby - tylko z Górnej Adygi, sery kupujemy najczęściej na miejscu, w rodzinnej serowarni Lüch da Pćëi.

Śledząc celebrytów, pakujemy się jeszcze w gondolę z Corvary i docieramy do Moritzino na Piz la Ila (2100 n.p.m.). To już nie zwykłe schronisko, tylko raczej modny klub - z dobrą kuchnią, muzyką na żywo i tańcami. Ceny wysokie, za wstęp do bufetu z przekąskami (ile wlezie) zapłacicie "jedyne" 90 euro. Omijam włoskie klasyki, polentę, pizzę, ravioli i kieruję się do ryb (z Chioggia nad Adriatykiem), gdzie dopiero po długiej chwili daję się oderwać od genialnego marynowanego miecznika i łososia, malutkich smażonych rybek (sardynki?), ryb pieczonych i ryb w cieście. W Moritzino pozostajemy o wiele dłużej, niż jeździ gondola. - Nie przejmuj się - pocieszają Max i Nicola. - Szef schroniska ma własny ratrak, zwozi tych, co zabalowali. Taki Tom Cruise, na przykład, regularnie z tego korzysta. Jednak Toma Cruise'a jakoś w ratraku nie było. Albo nie zauważyłam, bo ciemno, a on niespecjalnie wysoki. Cóż, może następnym razem.