Cukierki w papierkach (i bez też)

Niezdrowe? Tuczące? Robią taaaakie dziury w zębach? Zapomnijmy o tym w Dniu Dziecka. Zafundujmy najmłodszym słodkie świętowanie bez żadnych ograniczeń. Pod jednym warunkiem: że łakocie przygotują razem z nami
Miodowe ciągutki z orzechami (na ok. 500 g ciągutek)

100 ml mleka

100 ml śmietanki 36%

400 g miodu

2 łyżeczki mąki

szczypta soli

70 g masła

100 g orzechów włoskich

W garnku mieszamy mleko, śmietankę, miód, mąkę i sól (żeby nie powstały grudki, mąkę możemy wcześniej rozmieszać w niewielkiej ilości mleka lub śmietanki). Podgrzewamy. Gdy składniki się już połączą, dodajemy masło i całość zagotowujemy. Garnek zdejmujemy z ognia, do masy dodajemy posiekane orzechy i przekładamy ją do prostokątnej formy (wym. 20 x 10 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Czekamy, aż wystygnie. Kroimy na kawałki i zawijamy w papierki (można użyć np. papieru do pieczenia). Przechowujemy w hermetycznym pojemniku.

Landrynki (na ok. 850 g landrynek)

400 g cukru

600 g syropu kukurydzianego

1 łyżeczka ulubionego aromatu, ewentualnie 1 łyżeczka barwnika spożywczego - czerwony lub brązowy - dla wzmocnienia barwy cukierków

Zagotowujemy cukier i syrop, co jakiś czas mieszając. Zdejmujemy garnek z ognia, dodajemy aromat oraz barwnik, szybko mieszamy i wylewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawiamy do wystygnięcia. Gdy masa całkiem stwardnieje, rozłupujemy ją na mniejsze kawałki. Landrynki przechowujemy w hermetycznym pojemniku.

Roladki z masła orzechowego z suszonymi brzoskwiniami (na ok. 800 g cukierków)

600 g cukru

160 g masła orzechowego

250 g mleka

150 g posiekanych moreli

szczypta soli

cukier puder do posypania

Zagotowujemy cukier, masło orzechowe, mleko, morele i sól, co jakiś czas mieszając. Pozostawiamy cukierkową masę do przestygnięcia - powinna stężeć tak, by można było ją formować. Blat stołu lub stolnicę posypujemy cukrem pudrem. Wykładamy na blat słodką masę i formujemy 2-3 wałki o średnicy ok. 3 cm. Obtaczamy je dokładnie w cukrze pudrze i pozostawiamy, aż kompletnie wystygną i stężeją. Kroimy na plasterki. Przechowujemy w hermetycznym pojemniku.



Dzieciństwo od kuchni

Jak kuchenne "okoliczności przyrody" i życie wokół stołu wpływają na rozwój dziecka - wyjaśnia psycholog Małgorzata Ohme

Dzieci, przynajmniej te młodsze, garną się do pomocy przy przyrządzaniu posiłków. I wiadomo, że zwykle więcej z tego bałaganu niż pożytku. Czy warto więc wpuszczać je do kuchni?

Małgorzata Ohme: - Oczywiście, że tak. W kuchni nawiązuje się wiele istotnych interakcji, nadrabia zaległości rodzicielskie, zwłaszcza gdy często nas nie ma w domu. Ważne jest już samo bycie razem w jednym miejscu, uśmiechanie się do siebie, wymiana spojrzeń. Dzieci uwielbiają towarzyszyć rodzicom, często aktywizują się wtedy ich neurony lustrzane, czyli struktury w mózgu odpowiedzialne za naśladowanie zachowań. Maluch np. obserwuje mamę mieszającą zupę, identyfikuje się z tą czynnością, a w jego mózgu aktywizują się takie same obszary, jak gdyby robił to sam. Zainteresowanie kuchnią powodowane jest ciekawością poznawczą, która podtrzymuje motywację i uwagę dziecka. Jednocześnie kształtuje się wówczas poczucie sprawstwa dziecka - wykonując określone czynności, ma ono miłą świadomość wpływu na otaczającą go rzeczywistość, możliwość kreowania jej.

W jakim wieku można zacząć kulinarne eksperymenty z maluchami?

- Od początku warto włączać dziecko w kuchenny klimat. Jedzenie to intymna czynność i wszystko, co się dzieje wokół niego - jednoczy. Gdy dziecko jest małe, można mieć je przy sobie w nosidełku i pozwolić mu po prostu patrzeć na to, co robimy (oczywiście uważając, by nic na nie nie prysnęło itd.). Kiedy jest już dość sprawne motorycznie, możemy mu dać pokroić plastikowym nożem np. gotowaną marchewkę. Moja 3-letnia córka Klara uwielbia wsypywać do kubka ziarenka kawy, dolewać mleko i ją słodzić. Natomiast synek Jurek od najmłodszych lat miał postawioną w kuchni swoją małą kuchenkę i równolegle gotował swoje dania z cukru, ryżu, mąki itd. Do dziś lubi pomagać i mnie, i babciom.

A kiedy stygnie dziecięcy zapał do gotowania? Jak go podtrzymać?

- Zapał stygnie zwykle wtedy, gdy dziecko zaczyna rozbudowywać swój świat o rówieśników, szkołę, a dom przestaje być jedynym źródłem atrakcji. Jego uwaga zostaje przesunięta na sprawy związane z byciem w grupie, nauką, ocenami itd. Wtedy ciągle gdzieś gna, a to na piłkę, a to na angielski, a to na rower. Coraz częściej je w pośpiechu, a zajęcia kuchenne stają się bardziej obowiązkami niż przyjemnością. To jednak bardzo indywidualna sprawa. Są dzieci zainteresowane kuchnią przez cały czas i takie, które nigdy się do niej nie garną. W dużej mierze zależy to od rodziców - czy przywiązują do tego wagę, czy są smakoszami, czy celebrują posiłki. Decydujący może być też poziom wrażliwości sensorycznej, czyli odbierania świata poprzez zmysły. Im bardziej rozwinięty, tym większa przyjemność "smakowania" życia.

Na rozwój dziecka dobrze wpływają też wspólne domowe posiłki. Jakie dają korzyści?

- Posiłki w towarzystwie rodziców znacząco wpływają na wzrost zasobu słownictwa i lepsze wyniki w nauce. Takie wyniki uzyskała w swoich badaniach Karen Cullen z Kolegium Medycznego Baylor w Houston. Po drugie, lepiej kształtują kompetencje społeczne dzieci i młodzieży. Badanie "Because Family Mealtimes Master" (Posiłki rodzinne są ważne), przeprowadzone przez dr Rebekę Huntley, pokazały, że dzięki rodzinnym posiłkom dzieci uczą się podstawowych zasad zachowania przy stole i nabywają umiejętności konwersacyjnych. To swoiste ćwiczenia zachowań kulturowych i społecznych. Kolejnym plusem są silniejsze więzy rodzinne, większa stabilność emocjonalna i odporność psychiczna, także na zachowania antyspołeczne. Wspólne rytuały tworzone przez rodzinę w trakcie posiłków rozwijają poczucie jedności i tożsamości, pomagają ustabilizować życie rodzinne, tworząc pewną tradycję chroniącą dzieci przed zaangażowaniem się w zachowania wysokiego ryzyka. Domowe posiłki pozwalają też kształtować zdrowszą dietę, co w epoce epidemii otyłości chroni dzieci przed zaburzeniami odżywiania. Te obserwacje potwierdzają wyniki ubiegłorocznych badań w Polsce dla kampanii "Knorr. Każdy posiłek to okazja". Respondenci przyznali, że dzieci które regularnie jedzą posiłki w domu częściej rozmawiają o swoich sprawach z rodziną (88% opinii), mają lepsze umiejętności werbalne i lepsze nawyki żywieniowe (87%), są szczęśliwsze (83%).

A co z dziećmi, które do jedzenia trzeba namawiać lub tymi, które nie usiedzą przy stole?

- Warto zachęcać je nie tylko do jedzenia czy wspólnego zasiadania przy stole, bo do tego mogą nie mieć chęci, ale właśnie do przygotowań. Kiedy włączymy dziecko do nakrywania do stołu czy wybierania serwetek, ono poczuje się potrzebne i ważne. A zupa, którą mama opatrzy komentarzem: "dzisiaj pomidorową ugotowała dla was Maja", będzie smakowała zupełnie inaczej.

W przypadku dzieci "nadaktywnych", które rzeczywiście mają problem z usiedzeniem w jednym miejscu, trzeba po prostu wykorzystać ich nadmiar energii. Zaproponujmy im zabawę "w kelnera", niech podają do stołu sól, cukier, kubek, itd. Możemy je ubrać w fartuszek, aby łatwiej identyfikowały się z rolą. Mniejsze dzieci możemy zachęcić, by posadziły przy stole ulubionego pluszaka lub lalkę i by je karmiły, np. mój syn dokarmia dinozaury. Później muszę tylko rozkręcać te stwory i wyjmować z nich resztki chleba.

Często jest tak, że w roboczym tygodniu nie udaje nam się wygospodarować czasu na wspólny posiłek. Czy ten brak zrekompensują weekendowe śniadania, obiady i kolacje spożywane w domu?

- Lepsze sobotnie śniadanie i niedzielny obiad niż nic. Ważne, aby był taki moment stały, przewidywalny dla wszystkich, w którym spotykamy się razem. Aby i nastoletnia córka, i zabiegany tata wiedzieli, że "muszą" uczestniczyć w takim posiłku. Nie wolno tylko myśleć, że jest już za późno na wprowadzenie zwyczaju wspólnego jedzenia. Zawsze jest dobry moment.

A jak przekonać dziecko, że obiad w domu jest lepszy niż w chwalonym przez kolegów McDonaldsie?

- Nie jestem zwolenniczką totalnego zabraniania wizyt w takich lokalach, bo zakazany owoc staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Dzieci nie tyle chcą jeść to, co tam jest serwowane, ale bywać w miejscach, do których chodzą ich rówieśnicy. Dlatego nie ma cudownych recept na wzbudzanie awersji wobec barów szybkiej obsługi. Po prostu trzeba tam bywać jak najrzadziej i zachęcać do domowych potraw poprzez uatrakcyjnianie ich. Razem też można zrobić hamburgera czy frytki, tylko ze świeżych ziemniaków i w mniejszej ilości tłuszczu.

Jak się tłumaczy tęsknotę za smakami z dzieciństwa?

- Wczesnodziecięce doświadczenia smakowe zapisują się w pamięci utajonej, do której nie mamy dostępu. Dlatego nie wiemy, skąd w nas tęsknota za smakiem, którego tak naprawdę nie potrafimy opisać. Mój mąż do dziś szuka szarlotki z dzieciństwa i choć zjadł już z tysiąc naprawdę wspaniałych, żadna nie może być tamtą sprzed lat. Idealizujemy dzieciństwo, bo to ważne dla naszego zdrowia psychicznego i rozwoju. Dobre dzieciństwo jest bazą na całe życie. Dlatego wszystko, co się z nim wiąże, także potrawy, zapamiętujemy jako idealne.

Czy łatwo zmienić ukształtowane za młodu nawyki żywieniowe?

- Nie, bo nawyki budują pewne schematy, które później działają automatycznie. Sięgamy po czekoladę w sytuacji stresu, nie znosimy papryki. Dlaczego? Bo się do tego przyzwyczailiśmy. Bo wypracowaliśmy związek: stres-czekolada-rozładowanie. Bo nielubiana koleżanka ze szkoły przynosiła kanapki z papryką. Oprócz smaku, ważny jest kontekst i emocje. Jeśli coś nie było podawane w naszych domach, to budzi nieufność. Jeśli coś było serwowane często i w atmosferze miłości oraz bezpieczeństwa, to za tym tęsknimy, nawet jeśli to popcorn z mikrofalówki. Dlatego warto celebrować domowe posiłki w dobrej atmosferze i uczyć w ten sposób dzieci, jak i co jeść.

Rozmawiała: Monika Jankowska-Kapica



Małgorzata Ohme jest psychologiem, psychoterapeutą dziecięcym i rodzinnym, wykładowcą Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie