Przepisy kulinarne

PARTNER SERWISU: Kuchnia

Smacznego wielkiego jabłka!

Tekst: Ola Lazar, Zdjęcia: Ola Lazar, Shutterstock
2009-03-31, ostatnia aktualizacja 2009-03-30 21:11

Do Delicatessen można wpaść na śniadanie albo na lunch
Do Delicatessen można wpaść na śniadanie albo na lunch

Nowy Jork to idealne miejsce na wakacje dla foodies, czyli fanów dobrego jedzenia. Empire State Building można odwiedzić, ale niektóre knajpy po prostu trzeba!

Tętniące życiem ulice Nowego Jorku kryją  wiele kulinarnych niespodzianek
Tętniące życiem ulice Nowego Jorku kryją wiele kulinarnych niespodzianek
Bary szybkiej obsługi są w The City na każdym rogu
Bary szybkiej obsługi są w The City na każdym rogu
ZOBACZ TAKŻE
Na początek - delicatessen.To odpowiednik barów mlecznych, pamiątka z poprzedniej epoki. Sprzed czasów imigracji latynoskiej, mody na sushi i spektakularnego otwarcia się nowojorczyków na kuchnie świata. Nazywane w skrócie delis, serwują starą dobrą kuchnię Żydów aszkenazyjskich, którzy masowo osiedlali się w Nowym Jorku, począwszy od drugiej połowy XIX wieku. Na śniadanie można tu wpaść na jajecznicę z latkes - plackami z grubo tartych ziemniaków. Duży lunch załatwi nam reuben sandwich, kanapka z chleba na zakwasie z wołowiną peklowaną w grubej soli (corned beef), ementalerem i kiszoną kapustą. Bardzo popularne wieczorne danie, zwłaszcza w zimowe dni, to matzo ball soup, rosół z kuleczkami ulepionymi z mielonej macy. Każda dzielnica ma swoje kultowe delicatessen. Na Upper West Side są to Arties Deli, które specjalizują się w hot dogach i organizacji przyjęć typu Mój Syn Został Doktorem. Dla żydowskiej mamy to ważne wydarzenie, którego oprawę woli powierzyć fachowcom. W Theater District, a więc w najbardziej ruchliwej części Manhattanu, kolejki ustawiają się przed wejściem do Carnegie Deli. Właściciele co kilka lat wprowadzają do menu nową kanapkę, na cześć jednego z członków rodziny lub nowego zięcia czy synowej. Od tej rodzinnej zasady zrobili tylko jeden wyjątek - stworzyli gigantyczny sandwicz z pastrami i wołowiną, który nazwali Woody Allen na cześć mikrej postury reżysera. W East Village trzeba odwiedzić Second Avenue Deli, a przy Houston Street - Katz's Delicatessen, bo to tam "Harry poznał Sally", a dokładnie to tamtejszy shake doprowadził Sally, graną przez Meg Ryan, do orgazmu.

Hamburger pięciogwiazdkowy

Na całym świecie, poza USA, to kontrowersyjna, bo kojarzona z szybkim niezdrowym jedzeniem kanapka z kotletem mielonym. W oryginale, a więc wszędzie poza przemysłowymi sieciówkami, w amerykańskich barach i restauracjach hamburger potrafi być niezwykle smaczny. Dobrej jakości, średnio wysmażona wołowina, prawdziwe białe pieczywo, soczysty pomidor i liść sałaty, ewentualnie plasterek sera. Według uznania: majonez, keczup, musztarda. I co w tym niesmacznego? Miejsc serwujących uczciwe hamburgery w Nowym Jorku jest mnóstwo, ale jest wśród nich jedno, w którym oprócz oparów grillowanego mięsa wyraźnie wyczuwalne są opary absurdu. Burger Joint to hamburgerowy kantorek w lobby pięciogwiazdkowego hotelu Le Parker Meridien, dwie przecznice na południe od Central Parku. Barek kategorii piątej przez dziesiątą schowany jest za szkarłatną kotarą. Ściany wyłożone są boazerią i popisane mazakami. Siada się tam przy stołach, jak w schronisku PTTK, żeby zjeść jednego z lepszych burgerów z mieście. Kubańska załoga wywołuje po imieniu kolejnych klientów, którym bez ceregieli wręcza hamburgery opakowane w papier pakowy (cena: 7$).

The cupcake craze

Od skojarzeń z filmem "Seks w wielkim mieście" nie sposób w Nowym Jorku uciec. Niesiona popularnością serialu i odtwórczyni głównej roli - Sary Jessiki Parker - cukiernia Magnolia niedawno dorobiła się trzeciego oddziału. Przy Bleecker Street, na Columbus Avenue oraz przy Rockefeller Center przed wszystkimi cukierniami w kolorze pastelowej zieleni ustawiają się długie kolejki, choć obsługa, co w USA niespotykane, niechętnie się do klientów uśmiecha. Mnie amerykańskie cupcakes (również te z Magnolii) nie zachwyciły, za to wiele bym dała za jeszcze jeden cytrynowy minisernik na spodzie z orzechami makadamia lub kremowy pudding bananowy.

Luksus przez wielkie "L"

Rezerwacje w topowych restauracjach Nowego Jorku trzeba robić ze sporym, w zależności od pory roku, nawet kilkutygodniowym wyprzedzeniem. W ośmiomilionowej metropolii jest wielu chętnych gotowych zapłacić 100$ za lunch czy 300$ za kolację, którą przyrządzi którykolwiek z największych, najbardziej znanych szefów kuchni w Stanach. W Top 10, według różnych przewodników, przewijają się nazwiska Thomasa Kellera (restauracje Per Se i Bouchon), Francuza Daniela Boulud (Daniel, Café Boulud, Bar Boulud), Japończyka Masy Takayamy (Bar Masa). Mnie z tej czołówki najbardziej zaintrygowała postać Erica Riperta i jego restauracja Le Bernardin. Krążą legendy o perfekcjonizmie i bezkompromisowości Riperta, który owoce morza ma sprowadzać z łowisk helikopterem, a kelnerów dobierać ze względu na rzekome zdolności telepatyczne. Dziś mogę bez wahania powiedzieć, że Le Bernardin to najlepsza restauracja w jakiej byłam w życiu. Przy siódmym z rzędu kelnerze przestałam liczyć, ile osób nas obsługuje, a każda kolejna przejmowała pałeczkę od poprzedniej w odpowiednim momencie i bez zbędnych pytań. Na przystawkę - fantastyczny bacalao (solony suszony dorsz) z oliwą aromatyzowaną chorizo, pesto z rukoli i marynowanej cytryny. Jako danie główne - strzępiel czarny z chrupiącą skórką w sosie z iberyjskiej szynki z duszonym selerem naciowym, podany ze śmietankowym, bliskim creme brulée, musem z pietruszki. Jednemu z kelnerów wyznałam nieśmiało, że waham się między deserem skonstruowanym wokół orzechów laskowych z Oregonu a zestawem: figa, panna cotta z koziego serka i lody bekonowe. Musiało trafić na prawdziwego telepatę i dobrego człowieka, bo dostałam oba desery, a na rachunku widniał tylko jeden. Cała przyjemność (lunch bez wina) kosztowała mnie 90$ i warta była każdego centa.

Hot dog czy haute dog?

Hot dog to specjał panamerykański, ale każde miasto ma jego własną wersję. W Nowym Jorku hot dogi to daleko więcej niż tylko przekąska w czasie meczu bejsbolu. Wózki z bemarem z gorącą wodą, w którym grzeją się kiełbaski, lub z rozżarzonym grillem, stoją na każdym rogu ścisłego centrum. Te hot dogi kupują jednak ci bardziej głodni, niż wybredni. Wśród starszego pokolenia i znawców tematu najwięcej zwolenników mają hot dogi z Katz's Deli, Gray's Papaya i Papaya King. Choć wszyscy zaopatrują się u tego samego dostawcy kiełbasek, to np. do partii dla Papaya King dodaje on specjalną mieszankę przypraw. Kiełbaski bywają opakowane w naturalne jelita (nadające charakterystyczną jędrność) lub w silikon, są też tzw. bezjelitowe (osłonki usuwane są pod koniec produkcji).

Młodsza publiczność tłumnie oblega sieć Shake Shacks, która ma na Manhattanie trzy bary i w której lokalny hot dog podawany jest na bułce z ciasta z dodatkiem gotowanych ziemniaków, z kiełbaską "wiedeńską" i kiszoną kapustą. Manhattan nie byłby Manhattanem, synonimem luksusu i ostentacji, gdyby nie było w nim miejsc takich jak restauracja The Old Homestead, gdzie szef kuchni proponował hot doga za 20$ (czyli sześć razy więcej niż przeciętnie), z kiełbaską z wołowiny kobe. Piszę w czasie przeszłym, bo hot dog zniknął już z karty. Czyżby z powodu kryzysu?

Bajgle na okrągło

Bajgle trafiły do Nowego Jorku z Polski wraz z emigracją żydowską. Okrągłe, z dziurką, rumiane od glazury z surowego jajka i cukru, przed pieczeniem obgotowane w wodzie. Posypane makiem, sezamem albo cebulką. Jedzone solo albo przełożone białym serkiem i wędzonym łososiem lub konfiturą. Najlepsze są jeszcze ciepłe lub w kilka godzin po upieczeniu, bo z czasem twardnieją i przez złośliwych nazywane są pączkami z syndromem rigor mortis. Najlepsze bajgle, jakie jadłam, to te z piekarni H&H na Upper West Side. Prosto z pieca trafiały do szklanych gablot, które momentalnie pokrywały się parą. Na kolejną partię pachnącego pieczywa czekała zwykle długa kolejka chętnych. Oprócz klasycznych bajgli, pieką tam też te z ciasta pumperniklowego i z jagodami.

Spory kawał gastronomii

Rywalizacja o tytuł najlepszej pizzy w mieście jest w Nowym Jorku bardzo ostra i jeśli któraś z pizzerii nie może starać się o miano "najlepszej", to przynajmniej nazywa sama siebie the original. A żeby była prawdziwie nowojorska, pizza musi być najbliższa tej... neapolitańskiej. Cienka, chrupka, sprzedawana na kawałki, utrzymująca ciężar dodatków, a więc wyłącznie mozzarelli i sosu pomidorowego. O ile my szukamy pizzerii z piecem opalanym drewnem, to w NYC rarytasem jest pizza z tego opalanego węglem. Pierwsza w Nowym Jorku była pizzeria U Lombardich, otwarta w 1897 r. Działa ona do dziś, choć w innym niż pierwotnie miejscu i popularna jest bardziej wśród turystów niż mieszkańców The City. Ci ostatni częściej bywają w Joe's Pizzeria przy Bleecker Street albo w Ray's Famous Pizzeria. Powodów, żeby na kulinarne wakacje pojechać do Nowego Jorku są tysiące, także tych najdziwniejszych. Restauracja, gdzie wino podają w butelkach ze smoczkiem, kawiarnia, która sprzedaje wyłącznie pudding ryżowy w dziesiątkach smaków i ciastkarnia, która dostarcza cookies i mleko w środku nocy. Grzech nie spróbować.



Autorka jest wydawcą serwisu Gastronauci.pl, internetowego przewodnika po restauracjach

Źródło: Kuchnia