Przepisy kulinarne

PARTNER SERWISU: Kuchnia

Zabiję się befsztykiem

Wysłuchała: Maryla Musidłowska, Zdjęcie: Aleksander Grynberg
2008-09-30, ostatnia aktualizacja 2008-09-28 15:36

Co bym zjadł... czyli z czego składałoby się menu ostatniego w życiu posiłku Mikołaja Grynberga - fotografa portrecisty i smakosza

Mikołaj Grynberg - fotograf portrecista i smakosz
Mikołaj Grynberg - fotograf portrecista i smakosz
ZOBACZ TAKŻE
Ostatni posiłek w życiu chciałbym jeść i jeść, i nigdy nie przestać. Jeść tak długo, żeby śmierć nigdy nie przyszła. Albo pić. Tak, przed śmiercią to ja bym chciał przede wszystkim pić. Kiedyś byłem dziesięć dni w Argentynie. Jadłem tam steki wołowe ważące po kilogramie. Dwa razy dziennie, popijając butelką intensywnego malbeca i pogryzając liściem sałaty, bo nic innego się już nie mieściło. Jestem wybitnie mięsożerny, więc to był najwspanialszy tydzień w moim kulinarnym życiu. Niestety, siódmego dnia organizm zastrajkował. Odmówił przyjmowania białka zwierzęcego. Nie będę się wdawał w gastryczne szczegóły tej odmowy, w każdym razie przez pozostałe trzy dni pobytu mogłem się jedynie przyglądać, jak steki skwierczą na grillach. Przyjaciel, z którym byłem w tej podróży, twierdził, że moje ciało mnie szantażuje i że nie powinienem mu tak łatwo ulegać. Poddałem się i przegrałem. Teraz nikt mnie nie będzie straszył śmiercią. Myślę, że jak przyjdzie co do czego, to sam się zabiję mięsem. W Polsce będzie to trudne, bo porcje dają mikroskopijne i nikt nie odważa się przygotować naprawdę krwistych befsztyków. Jest to jeden z powodów, dla których warto rozważyć przeprowadzkę do Ameryki Południowej. W Argentynie krowy wyglądają jak Pudzian, a befsztyk z polędwicy ma średnicę talerza do pizzy. Jak zamawia się krwisty, to on ocieka krwią. Cudne młode panienki, takie, które w Polsce zamawiałyby jakieś smętne sałatki, zamawiają półkilogramowe kawały półsurowej wołowiny z kością, po pół butelki malbeca, a na deser mocne espresso. I sobie przy tym wesoło świergolą o facetach i torebkach. To raj. Po pobycie tam już nic nigdy nie jest takie jak kiedyś.

W tej Argentynie znalazłem się w związku ze swoim projektem fotograficznym o kobietach. Przez trzy lata jeździłem do dużych miast i przy głównym węźle komunikacyjnym, na dworcu albo skrzyżowaniu, budowałem studio. Stawiałem światła, tło i zapraszałem przechodzące kobiety, żeby zrobić im portret. Tak naprawdę wykorzystywałem to studio, żeby sobie z nimi pogadać. Zwykle jeździła ze mną żona, która prawie nie je mięsa, albo dzieci, które są wegetarianami, więc z nimi trudno organizować takie mięsne eskapady. Ale mam dwóch przyjaciół, z którymi da się jeździć do krajów, gdzie jada się po dwa kilogramy mięsa dziennie. Pogadałem sobie z 500 kobietami, zrobiłem tyle samo portretów. Skończyłem w tym roku w lutym w Pekinie, kiedy zauważyłem, że coś zaczyna się powtarzać. Zacząłem jeździć z tym studiem po śmierci mamy. To był mój sposób na przetrwanie żałoby. W Pekinie poczułem, że żałoba się skończyła.

Mama gotowała z rozmachem. Miała francuskie korzenie, więc głównie była to kuchnia śródziemnomorska. Moje ulubione smaki z dzieciństwa to pieczone kurczaki z dużą ilością czosnku i sos winegret. Kuchnię polską poznałem w domu mojej teściowej. I bardzo doceniłem. Mama odmawiała stania w kolejkach. Albo udało się jej kupić jakieś mięso, albo jedliśmy kergulenę z masłem czosnkowym. Masło było w porządku, ale ryba była z gumy, nic jej nie ratowało. Na szczęście przez jakiś czas w latach 80. mieszkaliśmy we Francji. Wtedy pierwszy raz poczułem różnicę kulinarną. Jestem jej wierny do dziś.

Mikołaj Grynberg, fotograf portrecista i smakosz. Jego zawód jest jednocześnie formą dialogu z otaczającym go światem. Sam twierdzi, że głównymi bohaterami jego zdjęć są, wyrażone w różny sposób, emocje.

Źródło: Kuchnia