Z Chełmońskim na kanapie

David Lynch uważa, że to najsmaczniejsze miejsce w Łodzi. W Dziewięć Siedem spotyka się też łódzka śmietanka. Przychodzą tu politycy, artyści, filmowcy, pisarze. Lech Wałęsa zajadał się jagnięciną w sosie żubrówkowym, a Aleksander Kwaśniewski sandaczem w boczku.


Dziewięć Siedem mieści się w jednej z najstarszych kamienic w mieście, która miała to nieszczęście, że podczas remontu, zgodnie z duchem socrealizmu, odarto ją ze sztukaterii. Już z daleka zwracam uwagę na przeszkloną werandę "zawieszoną" nad ulicą na wysokości pierwszego piętra. Doskonale wkomponowała się w secesyjną ulicę Piotrkowską, nadając budynkowi lekkości. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu ta kamienica wyróżniała się z otoczenia jedynie wyjątkową brzydotą.

Grzegorz Zieliński, obecny właściciel lokalu, w połowie lat dziewięćdziesiątych przekształcił jedno z mieszkań w modny pub. Zachęcony powodzeniem, z czasem adaptował kolejne mieszkania, zachowując dotychczasowy układ pomieszczeń. Zaczynał od 120 metrów, dzisiaj gospodaruje już na ponad 500, mimo to - jak twierdzi - czasami miejsca jest za mało.

PAŁAC I FABRYKA

Schody z metalu prowadzące do znajdującego się na pierwszym piętrze pubu, przez starych bywalców nazywanego "liberałką", ponieważ kiedyś mieściły się tu biura Kongresu Liberalno-Demokratycznego, i lustrzana ściana, w której przeglądam się po drodze, sugerują nowoczesny wystrój wnętrza. Tym większe moje zdziwienie, gdy okazuje się, że ma ono charakter klasycznego pubu angielskiego, z przyćmionym światłem, charakterystyczną boazerią i tapicerką oraz ogromną liczbą zdjęć starej Łodzi na ścianach. - To wspólne dzieło moje i łódzkich architektów Marka Janiaka i Wojciecha Saloniego - tłumaczy gospodarz, widząc moje zaskoczenie. O tym, że tzw. łódzki eklektyzm polegający na paradoksalnym z pozoru łączeniu architektury pałacowej z fabryczną, jest nieco szokujący, ale i frapujący zarazem, przekonuję się wchodząc do dwóch kameralnych sal restauracyjnych powstałych w wyniku "rozbudowania pubu wszerz". Kilka starych stolików, każdy inny, wiekowy kredens, lodówka z winami w stylizowanej drewnianej obudowie, sztukaterie pod sufitem zwielokrotnione lustrzaną ścianą robią wrażenie.

Mimo wczesnego popołudnia sale pubu nie świecą pustką. Siedzący w zakamarkach ludzie czują się tu swobodnie. Jedzą, czytają gazety, rozmawiają przy barze. Ja skupiam się na karcie dań. Przeważają w niej potrawy z kuchni polskiej, a nawet staropolskiej. To Krystyna Wierzbicka, nosząca dumne miano prezesa Stowarzyszenia Polskich Kucharzy i Cukierników Regionu "Ziemia Łódzka", czuwa nad restauracyjnym menu. Pani Krystyna bierze pełną odpowiedzialność za smak wszystkich potraw. Galaretka z nóżek wieprzowych z marynowanymi borowikami, placki ziemniaczane z sosem myśliwskim, cynaderki w sosie malinowym, czernina, barszcz czerwony z ciastem cebulowym, schab z dzika w sosie żurawinowym to tylko niektóre z nich. Szefowa kuchni nie uznaje dekoracji niejadalnych, nie nadużywa też tak powszechnie wykorzystywanej do tego celu sałaty. Natomiast chętnie komponuje mięsa z owocami, nie żałując świeżych ziół.

NIEBO W GĘBIE

TUWIM NA SUFICIE

Pani prezes jest też szperaczem i odkrywcą potraw, które gościły na stołach dawnych łódzkich fabrykantów. A są wśród nich takie specjały, jak grasica smażona z odrobiną cebuli, czosnku, soku malinowego oraz sosu tabasco albo białego pieprzu, a także, jak przystało na miasto "ziemi obiecanej", żydowski gęsi pipek, czyli gęsie żołądki obgotowane i wysmażone na gęsim tłuszczu, a następnie duszone z dodatkiem cebuli, pomidorów i przypraw korzennych. W odtwarzaniu starych receptur korzysta czasami z pomocy historyka Ryszarda Bonisławskiego.

Z Dziewięć Siedem nie wyjdą też zawiedzeni zwolennicy kuchni śródziemnomorskiej. Antipasti, bruschetty, carpaccio, rozmaite pasty, ryby to tylko kilka propozycji dla zwolenników lekkiej kuchni. Ja też do nich należę.

Wybieram sałatkę z suszonymi pomidorami i bekonem. Nigdy nie jadłam suszonych pomidorów w takiej kompozycji. Podana na nieskazitelnie białym talerzu wygląda apetycznie i elegancko. Pyszna, chrupiąca! Przywołuje w pamięci słoneczne lato.

Zaspokoiwszy ciekawość smakosza, zaglądam do niedawno otwartej dużej sali klubowej. - Brakowało nam miejsca, gdzie można zrelaksować się po obiedzie, obejrzeć mecz w telewizji, posłuchać koncertu albo potańczyć - tłumaczy właściciel. Na drugim piętrze mieści się restauracja Alegoria. Na sufcie największej z sal znajduję wyjaśnienie jej nazwy. Imponujących rozmiarów malowidło przedstawia dwunastu najwybitniejszych łodzian - przemysłowców, bankierów i twórców z Arturem Rubinsteinem i Julianem

Tuwimem.

MONARSZE BANKIETY

Sala nosi nazwę Królewskiej, od pierwszego bankietu, jaki się w niej odbył. Przybyli Chrobry, Poniatowski, kilku Jagiełłów, wszyscy przebrani w stroje z epoki. Dziś Sala Królewska gości monarchów X Muzy, którzy zjechali na międzynarodowy festiwal operatorów filmowych Cameraimage. Andrzej Żuławski i David Lynch są tu codziennie. - Prawie każde wydarzenie artystyczne, premiera w operze albo koncert, ma swój finał u nas - mówi właściciel restauracji. Obok w kameralnej sali "fabrykanckiej" wielka granatowa kanapa kupiona na pchlim targu i kredens wypełniony przedwojenną zastawą. Stary piec kaflowy i fragmenty sztukaterii dopełniają wystroju salonu łódzkiego "krwiopijcy". Pozostawiony fragment starej ściany z odkrytą trzciną, wapiennym tynkiem i farbą z wałka to oczywiście żart. Tu wyeksponowano obraz Chełmońskiego.

W tej scenerii próbuję specjalności zakładu - ciasta cebulowego. Cebularz podaje się tu do barszczu, sałat albo do piwa. Przekrojony wygląda jak tort naleśnikowy. Delikatny w smaku, po prostu rozpływa się w ustach. Pytam o przepis. Niestety, jest tajemnicą firmy. Gospodarz chętnie pokazuje mi natomiast jeszcze jedną salę, z której jest najbardziej dumny, choć jej wygląd nie znalazł uznania u zaprzyjaźnionych architektów. - Sala bordowa jest moim dzieckiem, sam ją urządziłem - śmieje się. Jak mówi, w niej najczęściej urządzane są przyjęcia bufetowe.

Wystrojem przypomina salon ziemiański. Zwracają uwagę stylowe kredensy z paterami, na których piętrzą się owoce, i imponująca zastawa. I znowu żart. Do toalety wchodzi się przez niewielkie pomieszczenie z żeliwną wanną, swego rodzaju poczekalnię, a może miejsce ablucji przed wejściem do świątyni dumania? Odpoczywając przy kawie i lodach w gorącym jagodowym sosie, myślę, że chętnie tu kiedyś wrócę, tak jak wraca się do galerii, żeby jeszcze raz kontemplować dzieła sztuki, dostrzec szczegóły, które umknęły za pierwszym razem.

Może spróbuję gęsiego pipka, na który też nie udało mi się zdobyć przepisu...

SOLA NA BROKUŁACH

(DLA 4 OSÓB)

  • 0,5 kg filetów z soli,
  • 0,5 l śmietany 30-procentowej,
  • 10 dag masła,
  • 1/2 pora,
  • 0,5 kg brokułów,
  • sól, biały pieprz,
  • 50 ml białego wina,
  • kilka pomidorków koktajlowych,
  • marynowane raki do dekoracji

    Rybę smażymy na roztopionym maśle ok. 6 min. Następnie wstawiamy do nagrzanego do 140°C piekarnika. Do sosu pozostałego ze smażenia ryby wlewamy śmietanę i gotujemy, aż sos wyparuje do połowy objętości. Dodajemy wino, pokrojonego w krążki pora oraz przyprawy i gotujemy jeszcze ok. 5 min. Wkładamy do sosu rybę i jeszcze chwilę gotujemy. Brokuły blanszujemy kilka minut w lekko posolonej i posłodzonej wodzie. Rozkładamy na talerzach brokuły, solę, polewamy sosem i dekorujemy przekrojonymi na pół pomidorkami koktajlowymi oraz rakami.

    SAŁATKA Z SUSZONYMI POMIDORAMI I BEKONEM

    (DLA 4 OSÓB)

  • 1 sałata lodowa,
  • 1 czerwona cebula,
  • 8 dag suszonych pomidorów,
  • 4 plastry bekonu (ok. 20 dag),
  • grzanki bułka pszenna (4 dag)

    sos

  • 50 ml oliwy,
  • sok z 1 cytryny,
  • sól, pieprz, cukier,
  • 1/2 łyżeczki musztardy

    Przygotowujemy sos: mieszamy musztardę, sok oraz przyprawy i powoli dodajemy oliwę, nadal mieszając. Smażymy bekon, zdejmujemy go z patelni i na pozostałym tłuszczu smażymy grzanki. Umytą sałatę układamy na talerzu, a na niej cebulę pokrojoną w plastry. Dodajemy pomidory, bekon, grzanki, polewamy sosem i dekorujemy koperkiem.

    FILETY DROBIOWE W SOSIE AIOLI

    (DLA 4 OSÓB)

  • 0,5 kg filetów z kurczaka,1cebula,
  • 4 pomidory,
  • 20 dag karczochów konserwowanych,
  • 4 ząbki czosnku,
  • 1/2 puszki filetów anchois,
  • sól,
  • pieprz,
  • cukier,
  • świeża bazylia do smażenia olej

    Filety przyprawiamy solą i pieprzem. Smażymy na oleju do lekkiego zrumienienia i wstawiamy na 8-10 min do nagrzanego do 140°C piekarnika. W tym czasie przygotowujemy sos. Na patelni podsmażamy cebulę pokrojoną w półplastry, zgnieciony czosnek, karczochy, pomidory obrane ze skórki i pokrojone w cząstki oraz filety anchois, doprawiamy do smaku solą, pieprzem i cukrem. Filety układamy na sosie i posypujemy świeżą bazylią. Podajemy z ryżem.

    LODY Z GORĄCYM SOSEM JAGODOWYM

    (DLA 2 OSÓB)

  • 10 dag lodów waniliowych lub śmietankowych,
  • 10 dag jagód,
  • 30 ml wódki,
  • świeża melisa,
  • 10 ml syropu klonowego do dekoracji wiórki z czekolady

    Syrop klonowy podgrzewamy w rondlu, dodajemy alkohol i jagody. Chwilę gotujemy, aby odparować nadmiar wody. Gdy sos zgęstnieje, układamy lody na talerzykach, oblewamy gorącym sosem i dekorujemy czekoladą oraz melisą.

    Adres restauracji: Zieliński i Syn - Dziewięć Siedem, Łódź, ul. Piotrkowska 97,tel. 630 65 73

    Drodzy Czytelnicy, jeśli zdarzyło się Wam gościć w restauracji, która zachwyciła Was dobrą kuchnią, pomysłową aranżacją wnętrza, fachową obsługą, przekażcie nam swoje wrażenia. Czekamy na Wasze relacje: www.gazeta.pl/magazynkuchnia