Blog na słodko

Dorota Świątkowska, polska blogerka mieszkająca obecnie w Walii, opowiada o swoim sukcesie i wiernych czytelnikach. Specjalnie dla ?Kuchni? przygotowała przepisy na pyszne ciasta ze śliwkami


KUCHNIA: Na twoim blogu znalazłyśmy sporo przepisów rodzinnych, starych, nieco tylko przerobionych dla dzisiejszego łasucha. Kto w rodzinie zainteresował cię pieczeniem ciast? Dziadek ze strony taty był piekarzem. Z kolei babcia ze strony mamy była kucharką. Więc coś w tym musi być. Pasja płynie w mojej krwi! Niestety, dziadek nie zdążył mnie wiele nauczyć, chociaż do tej pory pamiętam smak jego wypieków. Darzę te wspomnienia szczególnym sentymentem.

Teraz mieszkasz w Walii. Czy to ciekawe miejsce dla blogera kulinarnego? Masz dostęp do produktów, które dla polskiego smakosza są trudne do zdobycia. Chyba fajnie tak odkrywać nowe smaki? Brytyjczycy mają trochę inne upodobania niż Polacy. Mniej babek i serników, więcej trifles, fools, muffins. Walia, jak i cała Wielka Brytania, to wymarzone miejsce do blogowania o wypiekach. Można tu kupić dosłownie wszystko. Właściwie dopiero teraz odkryłam smaki, których w Polsce wcześniej nie znałam. Szczególnie lubię krem cytrynowy, czyli lemon curd, i esencję waniliową. Najlepiej jest, oczywiście, przyrządzić je w domu, oba przepisy mam na blogu. Ale, jeśli czasem chce się pójść na skróty, takie gotowe produkty są bardzo pomocne. Ostatnio wypatrzyłam na przykład kupne surowe ciasto na kruche ciasteczka z cząstkami czekolady. Nie musisz nic zagniatać, układasz ciasteczka na blasze i pieczesz. I mąż zadowolony, że żona piecze, i teściowa pochwali, a po domu rozchodzi się upojny zapach. Często testuję angielskie przepisy i są naprawdę wspaniałe. Bardzo smakuje mi bread and butter pudding [deser chlebowy z masłem i śmietaną - red.], wszelkie muffinki, bożonarodzeniowe mincemeat pies (babeczki z nadzieniem bakaliowym), flapjack (wilgotne ciasto z płatkami owsianymi), crumble (owoce zapiekane pod kruszonką). Nie przekonałam się natomiast do angielskich serników. Głównie ze względu na rodzaj sera używanego do ich pieczenia. Jest kremowy, lekko solony i całkowicie zmienia konsystencję ciasta.

No właśnie! A czy nie masz problemów z typowo polskimi składnikami?
Na samym początku, po przyjeździe do Walii, cierpiałam z powodu braku tego prawdziwego polskiego twarogu. Nauczyłam się więc robić go sama - z maślanki. Niesmaczny chleb w piekarniach? I tę przeszkodę pokonałam! Zanim w mojej okolicy pojawiły się polskie sklepy, potrzebowałam w domu jedynie drożdży, mąki, jajek i mleka.

Kiedyś nawet powiedziałaś, że "chciałabyś wypiekać wspaniałe bochny chleba i smarować grubą warstwą tłustej śmietany". Świat się niby odchudza na potęgę, a ty masz setki tysięcy wejść na bloga ze słodkościami. Jak rozumieć ten paradoks? Osoby czytające mojego bloga zwracają uwagę na to, co jedzą. Rezygnują z chleba ze spulchniaczami, przesłodzonych tortów z supermarketu. Stawiają na naturalne produkty. Wolą niewybielaną mąkę, zastępują drożdże zakwasem, a zwykły cukier tym nierafinowanym albo naturalnym owocowym. Moi czytelnicy często przyznają, że są na diecie. Na blog zaglądają wtedy z przyzwyczajenia, aby "nasycić się" fotografiami lub... zrobić listę wypieków do przygotowania po zakończeniu diety. Sama wychodzę z założenia, że kiedy się odchudzam, to rezygnuję ze słodyczy. Jeśli jesteście na diecie, po prostu nie wchodźcie na "Moje wypieki". Bo dla mnie ciasto na margarynie light, słodzikach i odchudzonych kremach to nie jest dobre ciasto. Lepiej zjeść kawałek prawdziwego sernika raz na tydzień, niż oszukiwać się, jedząc "beztłuszczowe" batoniki na co dzień.

Ludzie czytający twój blog traktują cię trochę jak przyjaciółkę, a nawet trochę jak członka rodziny. Czy masz wrażenie, że z niektórymi można by było zaprzyjaźnić się także w realu? Czy do tego wystarczy wspólna pasja? Pewnie mam sporo szczęścia, bo na blog zaglądają życzliwi ludzie. Trolle internetowe pojawiają się bardzo rzadko, prawie wcale. Na pewno nawiązałoby się sporo przyjaźni, bo tematów do rozmów nie brakuje. W ogóle mam wrażenie, że razem stanowimy fajną rodzinkę. Jeśli któryś mój post jest trochę bardziej prywatny niż pozostałe (bo czasem po prostu nie da się tego uniknąć), to czytelnicy zawsze na to reagują: znajdą słowa pocieszenia, rozweselą, a i ja staram się też pomagać, jak mogę. Zawsze miło jest wrócić do nich po dłuższej przerwie. Chyba mało kto tak się cieszy z powrotu do "pracy" jak ja!

Ale nie chciałaś na początku ujawnić swojego zdjęcia. Dlaczego? Pokazanie twarzy jest nawiązaniem bliższego, bardziej prywatnego kontaktu. Oto cytat z wpisów: "Teraz, jak już wiem, jak wyglądasz, zupełnie inaczej postrzegam Twoje przepisy (...), zwłaszcza dzisiejszy nowy przepis na jagodzianki. Widzę, jak je rolujesz, nadziewasz, i mam jeszcze większą ochotę piec i zajadać". Nie chciałam nigdy przesadnie się promować. Blog jest najważniejszy. Swoją fotografię ujawniłam chyba po trzech czy czterech latach pisania, a więc stosunkowo niedawno. Zrobiłam to głównie z uwagi na powtarzające się prośby czytelników. Nie jest też powiedziane, że moje zdjęcie zostanie dobrze odebrane. Czasem lepiej jest tylko wyobrażać sobie "miłą, ciepłą panią od ciast". Blogerzy często mają taki pęd do pokazywania swojej postaci, do bycia "blogowym celebrytą". To nie dla mnie.

Skromność skromnością, ale twoje nazwisko jest już dobrze rozpoznawalne w kulinarnym światku. Zdobyłaś kilka nagród. Z której jesteś najbardziej dumna? Z tych przyznanych przez samych czytelników: Blog Roku i Bloger Roku. Te są dla mnie najcenniejsze, bo świadczą o tym, że wiele osób lubi moje przepisy i to, co piszę, że pieką ze mną i mnie wspierają.

A chciałabyś pójść o krok dalej, przygotować anglojęzyczną wersję bloga czy książki? Albo czy zgodziłabyś się poprowadzić własny program kulinarny? W internecie jest zatrzęsienie bardzo dobrych blogów angielskojęzycznych. Myślę, że mój by się wśród nich zgubił. Wystarczy, że mam na blogu narzędzie Google, umożliwiające przetłumaczenie fragmentu tekstu na dowolny język. Korzystając z niego, sama przeglądam blogi rosyjskie, słowackie, włoskie, szwedzkie. Książki również nie planuję tłumaczyć. Mile zaskoczyło mnie, że dostrzeżono ją w Paryżu, że odniosła sukces! Ale nigdy nie była celem bezpośrednim. Powstała jakby przy okazji prowadzenia bloga. Ponieważ znajdowało się na nim sporo autorskich przepisów, szkoda było nie zapisać ich na trwałe. Jestem z tej książki zadowolona, myślę o kolejnej. A program? Nie, nie zgodziłabym się. Były propozycje z TVP2 i z TVN. Nie były to jednak własne programy. Nie widzę siebie w takich produkcjach, jestem zbyt nieśmiała, by się pchać przed kamery. Wolę oglądać innych. Choć zdarza mi się to rzadko, głównie z braku czasu. Najczęściej podpatruję w kuchni Nigellę Lawson, Jamiego Oliviera, Gordona Ramsaya i naszą Ewę Wachowicz.

Skąd jeszcze czerpiesz inspiracje? Wiemy, że kolekcjonujesz książki kucharskie. Masz jeszcze jakieś kuchenne autorytety poza tymi, o których wspomniałaś? A co z prasą kulinarną i innymi blogami? Czytuję magazyny "Good Food" i "Delicious", często korzystam z internetowych wersji. Kiedy jestem w Polsce, chętnie kupuję "Kuchnię". Wszystko to bardzo dobre pisma, tylko mogłyby wychodzić raz w tygodniu, a nie co miesiąc. Ponadto szukam inspiracji w książkach. Do moich ulubionych autorów należą Flo Braker, Richard Bertinet, Dan Lepard, David Lebovitz, wielu by wymieniać! Podziwiam ich za pasję i zaangażowanie, za to jak piszą o jedzeniu. No i za wybitne przepisy, z których zawsze wszystko wychodzi. Podobnie jest z blogami - zaglądam na te sprawdzone, mówiące o jedzeniu konkretnie i nie za długo. I oczywiście z pięknymi fotografiami! Sama staram się prowadzić bloga w ten sposób.

Twój blog zmieniał się przez lata. Zawsze jednak był poukładany, łatwo na nim znaleźć przepisy. No i zdjęcia. Są bardzo profesjonalne, a przecież nie jest łatwo fotografować jedzenie. Jak się tego nauczyłaś? Uczyłam się sama, metodą prób i błędów. Nie mam żadnego wykształcenia fotograficznego. Wystarczy spojrzeć na to, co robiłam na początku - niektóre fotografie są naprawdę kiepskie. Kiedy zaczynałam blogowanie, zależało mi jedynie na tym, aby obraz był wyraźny i dobrze odda-wał walory ciasta. Przeglądam wiele profesjonalnych zagranicznych stron, podpatruję, jak zrobić fotki, tak by ślinianki mocniej pracowały. Zwykły aparat kompaktowy z czasem zamieniłam na lustrzankę. Poczytałam trochę, nauczyłam się robić zdjęcia na własnych ustawieniach. Poza tym mieszkam w dość jasnym domu, z dużą ilością naturalnego światła, dlatego było mi łatwiej. Czasem się udaje, czasem nie jestem z siebie zadowolona. Ale chyba nigdy się tym nie znudzę.

A jak jest z kulinarnymi porażkami? Bo takie nawet najlepszemu kucharzowi się zdarzają. Raz wyjdzie zakalec, raz coś się przypali. Pamiętasz jakieś wielkie niepowodzenie? <br> Porażki, może nie straszne, ale zdarzają się do tej pory. Nie dalej jak dziś owoce w cieście opadły mi na dno. Nie pokazałabym takiego ciasta na blogu. Upiekę je jeszcze raz, zmieniając trochę proporcje. Czasami mąż pyta: "No co ty chcesz od tego ciasta?". Ale jeśli przeszkadza mi w nim choć mały detal, będę robiła je tak długo, aż zrobię to dobrze, po swojemu. To jest bardzo męcząca (szczególnie dla mnie samej) cecha mojego charakteru, ale - jak widać - została doceniona przez czytelników.

Ci czytelnicy to prawdopodobnie młode osoby, które wolą internet od tradycyjnych książek kucharskich. Myślisz, że powoli kończy się czas książek i magazynów drukowanych? Że ludzie wybiorą internet - choćby dlatego, że tam są nie tylko przepisy, ale i komentarze? Od razu wiadomo, czy coś się udaje, czy nie. Myślę, że zawsze znajdą się osoby, które, tak jak ja, wolą zapach farby drukarskiej. Czasami lepiej wziąć ze sobą do kuchni książkę. Chociaż rzeczywiście i tu od techniki trudno się uwolnić, kiedy tak łatwo można wydrukować przepis z internetu, wziąć laptopa do kuchni lub skorzystać z e-booka. Komentarze są na pewno sporym walorem bloga. Wiele osób przyznaje wprost, że przed upieczeniem ciasta czyta od góry do dołu wszystkie wpisy. Dzięki temu wiedzą, czego się spodziewać, jakiego błędu nie zrobić, co można jeszcze ulepszyć. A w razie potrzeby pomogę albo ja sama, albo jakiś czytelnik. Ufają mi także, bo zawsze podaję przetestowane przepisy.

A przepisów masz na blogu bardzo dużo! Ile to już? Wygląda na to, że pieczesz bez przerwy. Kto ma potem to szczęście, żeby tych wszystkich pyszności próbować? Rodzina? Goście? Przepisów jest ponad 900. Przy pięćsetnym już przestałam liczyć. Liczę teraz strony na blogu. Tak jest łatwiej. Jeśli mam więcej wolnego czasu i jestem szczęśliwa - piekę. Wszyscy moi walijscy sąsiedzi zostali już obdarowani polskim chlebem na zakwasie. Noszę babeczki i piernikowe ludziki na wszelkie szkolne imprezy dzieci. Przyjaciółki moich córek robią do szkoły lunch z moich bułeczek. Czerpię radość z samego pieczenia i obdarowywania. Nie muszę tego jeść. Często już wiem, jak coś smakuje, od samego oblizywania misek po kremach. Goście nie dostają do herbaty ciastek z supermarketu. Ostatnia ekipa budowlana w domu jakoś bardzo przeciągała remont. Mąż śmiał się, że to przez moje ciasta.

A ty czym dałabyś się poczęstować? Na blogu niczego nie faworyzujesz, ale - jesteśmy o tym przekonane! - na pewno jest coś, za co dałabyś się pokroić. <br> Za kawałek klasycznego sernika oddam pół królestwa. Próbuję teraz wielu nowych ciast, lubię eksperymenty. Ale wciąż mam sentyment do sernika taty albo ciasta drożdżowego mamy, takiego z dużą ilością kruszonki. Uwielbiam pierniki przełożone powidłami. I ciasta tak czekoladowe, że prawie wytrawne. <br> <br> <b> Dorota Świątkowska </b> - Wraz z mężem i dwiema córkami mieszka w Walii. Od pięciu lat prowadzi bloga "Moje wypieki", który w 2008 r. został Blogiem Roku (nagroda przyznawana przez portal Onet.pl). Dorota otrzymała też tytuł Blogera 2009 Roku (konkurs organizowany przez serwis Wiadomości24). W 2010 r. wydała książkę z przepisami. W konkursie Gourmand World Cookbook Award 2010 zdobyła drugie miejsce w kategorii "Blogerzy"