Wakacje kulinarne. (Nie) Daj się zaskoczyć

Martyna Szydłowska
22.08.2014 09:24
W pewnych krajach często powodem do dumy jest nowa restauracja McDonald's czy inny bar szybkiej obsługi, będący dla miejscowych uosobieniem nowoczesności i "dobrego jedzenia". A nam bynajmniej nie o to chodzi. Podczas pierwszego pobytu w Indiach, zdarzało mi się zapytać na ulicy, gdzie można zjeść d o b r z e. I tu był mój błąd - wspomina Nat. Rusinowska, autorka bloga Zmysłowo przez świat.
Dzielnica muzułmańska nocą, Xian, Chiny

Dzielnica muzułmańska nocą, Xian, Chiny (fot. Nat. Rusinowska)

Jadać na ulicznych straganach i przydrożnych knajpkach czy lepiej w restauracjach bardziej "dla turystów"? Jeśli znajdziemy się w jakieś bardziej egzotycznej części świata, flora bakteryjna jedzenia będzie inna, niecodzienna dla naszego organizmu, więc może on zareagować objawami zatrucia.

- Są dwie szkoły - wyjaśnia podróżniczka Monika Witkowska. - Jeśli jadę jako pilot jakiejś wycieczki, jestem ostrożna. Nie do końca znam wszystkich uczestników mojej wycieczki, nie wiem, w jakim stopniu znają swoje organizmy. Nie odradzam im próbowania takiego jedzenia, ale też nie zachęcam jakoś zdecydowanie. Jeśli jednak jadę sama na taką wyprawę, jem właściwie wyłącznie tam, gdzie tubylcy. Dzięki temu naprawdę poznaję ich kuchnię jako element kultury. Kiedyś w Chinach zatrzymaliśmy się na posiłek. Uczestnicy mojej wycieczki przy jednym stole, kierowca, tłumacz - przy drugim. Ja usiadłam z nimi - zupełnie przypadkowo. Okazało się, że niby wszyscy dostali to samo do jedzenia, ale zupełnie inaczej przyprawione! Przyznam, że nie do końca mi to smakowało - wersja dla turystów bardziej mi odpowiadała, bo kucharze w takich miejscach często wiedzą, że jesteśmy przyzwyczajeni do innych smaków i gotują dla nas inaczej. Nie wiedziałabym jednak, jak naprawdę smakuje ich kuchnia, gdybym przypadkiem nie usiadła przy tym drugim stole.

Inna sprawa, że w tych małych knajpkach jest po prostu taniej. Podczas ostatniej wyprawy do Nepalu żywiłam się w takich przydrożnych knajpkach, gdzie za miskę świetnego ryżu z warzywami i picie płaciłam około 1,5 dolara. Tymczasem mój znajomy Amerykanin, który stołował się w turystycznych restauracjach, płacił za to samo około 10 dolarów. Był bardzo zaskoczony, kiedy poszedł ze mną zjeść. On po prostu nie wiedział, jak znaleźć takie miejsce (czasem to po prostu stół u kogoś w domu) i trochę się bał.

Podsumowując, jak wybieram miejsce, gdzie jem? Biorę pod uwagę higienę, ale bez przesady, bo chyba bym niczego nie jadła - wyjaśnia Monika Witkowska. - Wożę ze sobą kremy, żele do dezynfekcji, żeby umyć ręce przed jedzeniem. To szczególnie ważne tam, gdzie je się bez sztućców. Zwracam uwagę, czy jedzenie było poddane obróbce termicznej - unikam surowizny przynajmniej w pierwszych dniach, zanim organizm trochę się "przestawi". Większość problemów wynika z wody, więc raczej nie piję herbaty, bo przecież mało kto gotuje wodę przez kilka minut, a dopiero wtedy można uznać, że jest czysta. Nie kupuję też wody w butelkach, bo sprzedawcy mają swoje sposoby na podrobienie jej. Soki piję tylko, jeśli są wyciskane przy mnie i to też już po kilku dniach adaptacji. Na co dzień nie pijam coli, ale na wyprawach - zawsze. Po pierwsze dlatego, że nie sposób ją podrobić, a po drugie - nawet lekarze zalecają ją na pierwsze sygnały problemów z żołądkiem. Jadam tam, gdzie są miejscowi - jedzenie raczej tam nie zalega, więc jest świeże.

Spróbuj się nie bać

W krajach Dalekiego Wschodu, Ameryki Łacińskiej czy Afryki nie zawsze to, jak wygląda jedzenie i w jaki sposób jest podane, odpowiada naszym wyobrażeniem i standardom - wyjaśnia Nat. Rusinowska, autorka bloga kulinarno-podróżniczego Zmysłowo przez świat. - Co zrobić? Odpuścić sobie! Nie namawiam tu oczywiście do robienia czy kosztowania czegoś całkowicie wbrew sobie, ale z całego serca zachęcam żeby s p r ó b o w a ć  się nie bać. W takich krajach, przy wyborze miejsca gdzie chcemy coś przekąsić, najlepiej kierować się prosta zasadą Jemy tam, gdzie jedzą lokalni. Jest to najlepsza gwarancja, że jest smacznie i podróżując, nigdy się na tym nie zawiodłam. Zawsze staram się kosztować ulicznego jedzenia. Tzw. street food, zazwyczaj bardzo specyficzny dla danego kraju, a nawet rejonu, jest dostępny praktycznie wszędzie, zazwyczaj bardzo tani i łatwo jest zaobserwować, czy wokół tłoczą się ludzie, czy zieje pustkami.  Przez swoją niską cenę, garkuchnie na ulicach cieszą się dużym powodzeniem wśród miejscowych - ruch jest duży, poniekąd mamy więc gwarancję świeżości: to co ugotowane, natychmiast się sprzedaje. Miałam wiele okazji jeść wraz z miejscowymi w Mauretanii, Senegalu i Mali, często mięso czy rybę, i mimo ogromnego upału nigdy się nie zatrułam. Zawsze trzymałam się tylko tej jednej zasady - jem tam, gdzie jedzą miejscowi.

Czasem warto zapytać o miejsca, gdzie można zjeść lokalnie. Warto przy tym pamiętać, że w krajach rozwijających się, często powodem do dumy jest nowo otwarta restauracja McDonald's czy inny bar szybkiej obsługi, będący dla miejscowych uosobieniem nowoczesności i "dobrego jedzenia". A nam bynajmniej nie o to chodzi. Podczas pierwszego pobytu w Indiach, zdarzało mi się zapytać na ulicy, gdzie można zjeść dobrze. I tu był mój błąd. Najczęściej nawigowano mnie do najbliższej sieciówki. Pozostaje więc otwarcie się na życie ulicy, kosztowanie produktów na stojąco, nieraz w tłoku, wśród innych ludzi.

Trochę wiedzy przed podróżą

- W krajach muzułmańskich trzeba zwracać uwagę na to, żeby nie jeść lewą ręką, która jest uważana za "nieczystą" - przypomina Monika Witkowska. - W hotelach i miejscach nastawionych na turystów raczej nikt nie zwraca na to uwagi, ale jeśli zostaniemy zaproszeni do kogoś do domu, naprawdę trzeba pamiętać. Kiedyś byłam gościem na weselu w Kuwejcie i podano mi tam kawę. Wyciągnęłam po nią lewą rękę i nie zauważyłam niczego niepokojącego, ale później dowiedziałam się, że zostało to zauważone i że nie mogę tego robić. Takie zasady mnożą się, jeśli uczestniczymy w jakichś ważnych uroczystościach. Kiedyś uczestniczyłam w kurdyjskim weselu w Turcji i w pewnym momencie stanął przede mną bardzo duży kawałek tortu. Uznałam, że widocznie tak bardzo chcieli mnie miło ugościć, zaczęłam jeść. Kiedy byłam w połowie, przynieśli kilkanaście dodatkowych łyżeczek dla innych gości...

Problem z nietypowo dużą porcją miała też Paulina Dudek, dziennikarka Podroze.gazeta.pl: - Podczas pobytu w Birmie zamówiłam zupę. Powiedzieli mi, że jest duża. Ja na to: bardzo dobrze, jestem głodna! Przynieśli mi całą wazę. Spędziłam nad nią cały wieczór...

W Chinach nie wolno wyjadać niczego do końca, bo jeśli nie zostanie ani odrobina, zostanie to odebrane jako sygnał, że gospodarze nie nakarmili nas wystarczająco - przestrzega Monika Witkowska. Inne wspomnienie z podróży do Chin ma Agnieszka: - Bardzo lubię naszą polską kuchnię i zawsze za nią tęsknię. W Chinach najbardziej dokuczał mi brak ziemniaków. Kiedy w końcu natknęłam się na nie w jakiejś restauracji, wywołałam niemałą sensację, bo nie chciałam do nich... ryżu. Chińczycy uważają ziemniaki za dodatek warzywny taki jak surówka.

Poszukiwanie dobrze znanego produktu bywa problemem nie tylko w egzotycznych stronach. - Podczas podróży po Bałkanach chciałam napić się herbaty. Okazało się, że tam zawsze w takim przypadku dostanę rumianek, bo pewnie boli mnie brzuch... W innej postaci herbata raczej rzadko występuje - wyjaśnia Paulina Dudek.

Zachcianki turysty? Powstrzymaj się

Zawsze i wszędzie lepiej być ostrożnym, jeśli chodzi o specjalne zachcianki. Monika Witkowska wspomina, w jakie zakłopotanie wprawiła kucharza w bazie podczas wyprawy wysokogórskiej, kiedy zażyczyła sobie jajko na miękko. - Okazuje się, że na pewnej wysokości, gotowanie jajka na miękko trwa nie  trzy i pół minuty, ale ponad dwadzieścia... Kucharz zmarnował kilka jaj, zanim się udało. Mówiłam, że jednak już go nie chcę, ale on nie chciał się poddać. Podobnie w Indiach, zamawiając jedzenie, poprosiłam, żeby nie było bardzo pikantne. To, co dostałam, oczywiście, i tak było piekielnie ostre - choćby chcieli, oni nie wiedzą, co to dla nas znaczy niezbyt ostre.

Podobne trudności wspomina Aleksandra: - W Kambodży dodają do wszystkiego tyle imbiru, że nie da się zjeść. Pali niemiłosiernie i zabija cały smak. Podczas pobytu w Laosie oczywiście starałam się unikać lodu w napojach (robią go z tej samej wody, którą piją, a która dla nas się nie nadaje). Kiedy zamówiłam jakiś koktajl bez lodu, przygotowująca go kobieta kompletnie nie mogła sobie z tym poradzić, za każdym razem i tak go dodawała. Przy czwartej próbie się udało, ale nie składałam tego zamówienia ponownie.

Na południe

Nie tylko egzotyczne kraje potrafią zaskoczyć turystów. Podczas podróży na południe Europy również warto szukać miejsc, gdzie jadają miejscowi. - Te zwykle wyglądają mniej okazale, ale tam jest prawdziwe lokalne jedzenie, naprawdę najsmaczniejsze - przekonuje Karolina, której rodzina pochodzi z Włoch i regularnie tam bywa. - W miejscach przeznaczonych dla turystów jest też często po prostu nieprzyjemnie: kelnerzy są opryskliwi, powolni, nieprzyjemni. Nie zależy im na tym, żeby klienci wrócili, bo i tak będą następni. Idąc na prawdziwy włoski makaron, warto też pamiętać, że to tak naprawdę dopiero wstęp do posiłku, jak u nas zupa. Dlatego często Polacy są zaskoczeni niewielką porcją - Włoch zje po makaronie jakieś drugie danie, deser, owoce. Warto jeść sprzedawaną na każdej ulicy pizzę w kawałkach. Polecam te najprostsze - z oliwą i ziołami.

Skoro jesteśmy przy pizzy...  - Na Węgrzech ogromnych nietaktem jest porównanie ich ulubionego placka - langosza - do pizzy - wspomina Agnieszka. - Mnie się to zdarzyło i zrobiło się dość nieprzyjemnie. Nie szukajcie tam też placka po węgierski, bo raczej nie znajdziecie.

Niespodzianki?

Zaskoczyć może nas bardzo wiele i nic. To wszystko zależy od tego, ile się już widziało - przekonuje Nat Rusinowska. - Po pewnym czasie widok afrykańskich targowisk, gdzie na słońcu w ponad 40-stopniowym upale wiszą kawały mięsa i ryby giganty, a powietrze aż bzyczy od tłustych much, naprawdę przestaje zaskakiwać. Fakt, wciąż może szokować, budzić obrzydzenie. Taka jest jednak kultura, to ja jestem z zewnątrz i powinnam to uszanować. A jeść tego mięsa nikt mi nie każe. Może z małymi wyjątkami. Zdarza się, że miejscowi chcą cię bliżej poznać, poćwiczyć język, pochwalić się rodzinie, że poznali kogoś z Europy. Zdarzało się, że miejscowi zapraszali mnie do swego domu, na obiad. Siedząc na podłodze jednej izby, wokół jednej ogromnej misy z ryżem i ostrym mięsnym sosem, starając się wybierać te mniej mięsne kawałki, dostawałam od gospodarza te " najlepsze". W takiej sytuacji nie wypada odmówić. Przełykamy z uśmiechem, mając nadzieję że ostre przyprawy i głęboki tłuszcz zrobiły swoje.

Co kulinarnie zdziwiło mnie najbardziej? Street food na południu Chin. W małej miejscowości przycupniętej na brzegu tropikalnej rzeki, codziennie po zachodzie słońca, na ulicę wyjeżdżały drewniane garkuchnie z miejscem na grilla. Grillować można było tam wszystko i wybór był naprawdę ogromny. Tam jadłam najsmaczniejsze w życiu bakłażany, szaszłyki z warzyw i krewetki w pikantnym sosie. Były też, dosłownie (!) inne cuda na kiju. Ponabijane na patyczki małe ptaszki, niezidentyfikowane gryzonie, skorpiony, karaluchy, larwy i masa innego robactwa. Były płucka, serduszka i no właśnie. Było coś owiniętego wokół patyka na kształt sprężynki. - The penis of the pig - dowiaduję się od uśmiechniętej Chinki. Podziękuję.

Co Japończycy wiedzą o jedzeniu? Sprawdź w książce "Sushi i cała reszta" >>